Do szkoły nie zawsze chodziłam, gdyż musiałam zarabiać i każdy dzień wydarty szkole dawał dużo dochodu. Wreszcie z powodu opuszczania przeze mnie lekcji matka została skazana na 24-godzinny areszt. Pewnego dnia, a było to w Wielką Sobotę, przyszło do nas dwóch żandarmów i zabrali matkę, gdyż zapomniała do oznaczonego czasu stawić się dobrowolnie w więzieniu. Matka nigdy później nie mogła zapomnieć, że jej, pracowitej kobiecie i opiekującej się matce, nie zaoszczędzono tego wstydu. Mój wstyd trudno sobie wyobrazić. Nie odważyłam się wyjrzeć na ulicę, gdzie o niczym innym nie mówiono, tylko o wyprowadzeniu mojej matki przez żandarmów. Jednak wszyscy potępiali ten brutalny środek, gdyż wszystkim była wiadoma przyczyna aresztu. Nauczyciel szkolny często przypominał mamie, żeby bardziej regularnie posyłała mnie do szkoły, zapewniał bowiem, że z moimi zdolnościami mogłoby ze mnie coś być, gdybym systematyczniej pobierała lekcje. Zaproszono nawet mego opiekuna prawnego, ten jednak był zdania, że biedne dzieci powinny się uczyć, pracować i ufać Bogu, wtedy będzie im dobrze. Każdej niedzieli musiałam z książką do nabożeństwa stawiać się u opiekuna i wysłuchiwać coraz to nowych nauk o religijności i pokorze. Ludzie ci chcieli mi zostawić cały swój majątek, gdybym była taka, jak chcieli; że jednak byłam inna, przeto pieniądze otrzymał proboszcz, który i tak uchodził za człowieka bardzo bogatego. Myślę, że nasz proboszcz nie czuł wyrzutów sumienia!
Gdy skończyłam dziesięć lat i przeszłam do piątej klasy szkoły ludowej8, przenieśliśmy się do miasta. Do szkoły mnie więcej nie zapisano i myślę, że zwierzchnicy nie mieli pojęcia o moim istnieniu, gdyż ani razu nie wymagano, bym w dalszym ciągu uczęszczała do szkoły. To bezwarunkowo też miało swoją przyczynę. Ponieważ mama nie umiała pisać, więc moim obowiązkiem było wypełniać kartę meldunkową dla policji. Naturalnie siebie powinnam była wpisywać w rubrykę „dzieci”, że już jednak do nich się nie zaliczałam, więc rubryka ta pozostała niewypełniona i nie byłam zameldowana na policji. Inni też nie zwracali uwagi na to opuszczenie. „Jesteś już dorosłą dziewczyną i musisz dużo zarabiać”, mówiła mi moja matka. Jak chętnie bym się jeszcze uczyła! Moim ideałem było zostać nauczycielką, jednak mając dziesięć lat, zrozumiałam, że to tylko fantazja, o której nawet myśleć nie wolno! Zamieszkiwaliśmy ciemny kąt w małym pokoju starych małżonków; w jednym z łóżek sypiali małżonkowie, w drugim zaś — ja z matką. Oddano mnie do rzemiosła, gdzie uczono mnie szydełkować chustki; za 12-godzinną pilną pracę płacono mi 20–25 grajcarów dziennie. Gdy zabierałam robotę do domu na noc, udawało mi się zarobić kilka grajcarów więcej. O szóstej rano, gdy musiałam spieszyć do pracy, inne dzieci w moim wieku spały jeszcze, a gdy o ósmej wieczór wracałam zmęczona, one, nakarmione i wypielęgnowane, udawały się na spoczynek. Podczas gdy ja, zgięta w łuk, podrabiałam oczko do oczka, tamte bawiły się, chodziły na spacer lub siedziały w szkole. Uważałam wtedy los swój za sprawiedliwy, miałam tylko jedno gorące życzenie: by móc się choć raz dobrze wyspać. Chciałabym spać, aż bym się sama obudziła — to było moim najpiękniejszym marzeniem. Gdy zaś później mogłam spać długo, nie było to już dla mnie szczęściem, gdyż powodem tego było bezrobocie lub choroba. Jak często podczas mroźnych wieczorów zimowych, gdy palce kostniały mi tak, że już nie byłam w stanie utrzymać w nich igły, kładłam się spać z myślą, że nazajutrz będę musiała wstać jeszcze wcześniej. Matka, zbudziwszy mnie raniutko, przysuwała do łóżka krzesełko, bym mogła grzać nogi, a ja szydełkowałam dalej aż do wieczora. W późniejszym wieku często odczuwałam wielkie rozgoryczenie powodu z tego, że z czasów dzieciństwa nie miałam ani jednego świetlanego wspomnienia.
Starsze małżeństwo, u którego zamieszkiwaliśmy, było o bardzo podejrzanych charakterach. Kobieta żyła z tego, że przepowiadała dziewczętom i młodym kobietom przyszłość z kart. I mnie odsłoniła rąbek mej przyszłości, którą odmalowała w najpiękniejszych kolorach. Naturalnie główną rolę w mej przyszłości odgrywał mężczyzna, i to bogaty mężczyzna. Kobieta ta mogła fatalnie na mnie wpłynąć. Prawiła mnie, dziesięcioletniej dziewczynce, komplementy, stroiła mnie we wstążki i karmiła łakociami. Zapewniała mnie, że nigdy nie będzie mi na tym zbywać, jeśli tylko matka nie będzie nic o tym wiedzieć. Namawiała mnie do wielu rzeczy, których jednak nie odważyłam się spełniać, gdyż wydawały mi się niesłuszne.
Na szczęście moja matka była podejrzliwa i wynajęła oddzielny pokój. Młodszy brat znów wrócił do nas i sprowadził kolegę, z którym dzielił łóżko. Cztery osoby znajdowały więc schronienie w jednym pokoju, który nawet nie miał okien, a otrzymywał światło przez szyby we drzwiach. A gdy pewna znajoma służąca straciła miejsce, przyszła też do nas, sypiała w jednym łóżku z mamą, ja zaś leżałam u jej nóg, a własne nogi wspierałam na przystawionym do łóżka krześle.
Rok cały szydełkowałam rzeczy z wełny i poznałam masę tego rodzaju warsztatów, bo gdy słyszeliśmy, że w którymś z nich płacono choć jednego grajcara za chustkę więcej, musiałam tam podążać. W ten sposób byłam coraz to w nowym otoczeniu, widziałam coraz nowych ludzi i nie mogłam się przyzwyczaić do żadnego miejsca. Dzięki takiej wędrówce znałam wiele rodzin i ich warunki. Dochody z wyzysku młodych dziewcząt wszędzie stanowiły podstawę utrzymania. Często pracowałam u żon urzędników lub subiektów9 handlowych, którzy tylko dzięki wyzyskowi naszej siły roboczej mogli wieść tryb życia odpowiadający ich stanowisku. Ja byłam wszędzie najmłodsza i by ze względu na mą młodość nie płacono mi jeszcze mniej, podawałam się za starszą, co przychodziło mi z łatwością, gdyż byłam nad wiek duża i poważnego usposobienia. Zresztą musiałam uchodzić za starszą, gdyż inaczej mogliby mnie zdradzić, że nie chodzę do szkoły.
Miałam dwanaście lat, gdy matka znalazła dla mnie nowe zajęcie. Miałam się więc nauczyć rzemiosła, które przy pracowitości i wielkiej zręczności mogło być dobrze płatne. Znowu mogłam być uczennicą tylko z powodu młodego wieku. U jakiejś krewnej musiałam dwanaście godzin dziennie wyrabiać z pereł i sznurów jedwabnych ozdoby dla damskiej konfekcji. Nie otrzymywałam za to stałej zapłaty, gdyż krewna obliczała przy każdym nowym artykule, ile zdążyło się zrobić w ciągu godziny, i płaciła wtedy za godzinę pięć grajcarów; jeśli zaś doszło się do większej wprawy, a zatem do możności większego zarobku — zmniejszała zapłatę. Pracowano bezustannie, nie pozwalając sobie ani na chwilkę wypoczynku. Każdy, kto może osądzić, co to znaczy pracować dwanaście godzin dziennie, bez wątpienia zgodzi się, że jest to nad siły człowieka dorosłego, a cóż dopiero dziecka! Z jakim upragnieniem spoglądałam na zegar, gdy już bardzo dawały się we znaki pokłute palce i czułam zmęczenie w całym ciele! Gdy zaś wracałam wreszcie do domu w piękny dzień letni lub podczas surowej zimy, musiałam jeszcze brać robotę ze sobą. Cierpiałam przy tym bardzo wiele, gdyż ta praca pozbawiała mnie jedynej przyjemności — czytania.
Czytałam chętnie. Czytałam bez wyboru wszystko, co mogłam dostać, co pożyczali mi znajomi, też niepotrafiący odróżnić książki odpowiedniej od nieodpowiedniej; wszystko, co mogłam pożyczyć u antykwariusza z przedmieścia za opłatą dwóch grajcarów, które od ust sobie odejmowałam. Powieści z życia Indian, romanse roznoszone przez kolporterów, pisma rodzinne — wszystko przynosiłam do domu. Obok romansów zbójeckich, które czytałam najchętniej, zajmowały mnie także losy nieszczęśliwych królowych. Obok Rinalda Rinaldiniego10 (który był moim ulubieńcem) była Katarzyna Cornaro11; obok Sándora Rózsy12 Izabela Hiszpańska13, Eugenia Francuska14, Maria Stuart15 i inne. Biała dama w Hofburgu16 w Wiedniu, wszystkie powieści o cesarzu Józefie17, Bohaterka z Wörth18, Syn królewski i córka kąpielowego19, wszystkie te książki dostarczały mi wiadomości historycznych. Potem następowały powieści jezuickie, jeszcze później te stuzeszytowe romanse, w których biedna dziewczyna po zniesieniu okropnych męczarni została hrabiną lub co najmniej żoną fabrykanta lub kupca. Żyłam jakby w jakimś chaosie. Połykałam zeszyt po zeszycie; byłam daleka od rzeczywistości i porównywałam się do bohaterek romansów. Powtarzałam za nimi wszystkie słowa, jakie mówiły, odczuwałam z nimi ich strach, kiedy ich zamurowywano, grzebano żywcem, truto lub zabijano sztyletem. Byłam myślą w zupełnie innym świecie; nie widziałam nędzy koło siebie ani też nie pojmowałam własnej nędzy. Matka nie umiała czytać, więc czytane przeze mnie książki nie były nigdy kontrolowane. Mając lat trzynaście, czytałam Paula de Kocka20; jednak po przeczytaniu francuskich opowiadań pozostawałam tak naiwna, że opowiadałam je dalej z najdrobniejszymi szczegółami i nie mogłam pojąć, dlaczego brat i jego kolega śmiali się, gdy ja nie widziałam w tym nic wesołego. Jedno miejsce dotychczas pamiętam: Markiz uprowadził dziewczynę w krzaki, po czym następowały mniej więcej takie wyrazy: „Gdy ponownie stamtąd wyszli, dziewczyna blada, chwiejąc się, poszła dalej. Rzuciła ostatnie spojrzenie na miejsce, gdzie straciła swą niewinność”. Jak głośno śmiali się obaj, gdy ja nie mogłam pojąć, o co chodzi. Musiałam opowiadać bardzo wiele, gdyż opowiadałam dokładnie, a dialogi powtarzałam prawie dosłownie, jakbym się ich uczyła na pamięć. Dzięki opowiadaniom byłam niemal sławna. Często w niedzielę wieczór musiałam chodzić do mojej mistrzyni i tam opowiadać; w domu, gdzieśmy mieszkali, zapraszano mnie często, bym opowiadała, a matka i brat sprawiali mi wprost męczarnie swą ustawiczną chęcią słuchania mnie. Gdy już wszyscy byli w łóżkach, musiałam opowiadać; tamci wreszcie zasypiali, tylko ja jedna nie mogłam zasnąć i rozdrażniona leżałam w łóżku, przy czym nie wolno mi było się poruszyć, by nie przebudzić matki. A mogłabym przecie użyć tego czasu na czytanie, gdy nie miałam innego zajęcia.
W niedzielę, gdy przed obiadem pomagałam w naszym skromnym gospodarstwie, czytałam bez przerwy, aż zmrok zapadał. Latem zabierałam książki na cmentarz i całymi godzinami siedziałam spokojnie pod wierzbą płaczącą, nie zwracając na nic uwagi. O, jak nienawidziłam robót niedzielnych, gdy czasem zmuszona byłam je wykonywać! Taki dzień uważałam za stracony i nawet lepsza kolacja i kieliszek wina lub szklaneczka piwa, które otrzymywałam jako odszkodowanie, nie mogły mnie zadowolić.
Przez dwa lata byłam w terminie i podczas tego czasu doznałam wielu zmartwień, których gorycz i bezduszność tym bardziej odczuwałam, gdyż znosiłam je ze strony krewnych. Byłam czymś w rodzaju Kopciuszka. W sobotę musiałam zwykle robić wielkie sprzątanie i jeszcze teraz wzdrygam się na samo wspomnienie tego, co mi kazano robić i jak mnie przy tym traktowano. Musiałam dźwigać wodę w ciężkich, drewnianych wiadrach z daleko położonej studni publicznej. Nie było jeszcze wtedy wodociągów w domach i nawet nie marzyłam o tym, że będzie kiedyś taka wygoda. Często obcy ludzie litowali się nade mną i pomagali mi dźwigać te ciężary. Krewni moi trzymali się tej zasady, że muszę się do wszystkiego przyzwyczajać, gdyż — powtarzali często — nie będziesz przecie wielką panią.
Nienawidziłam tych ludzi, a jak dopiero nienawidziłam ich dwoje dzieci, które wyładowywały na mnie całą złość, do jakiej były zdolne. Wyśmiewały się z mojej biedy, cieszyły się, że musiałam latem chodzić boso, co mnie samą bardzo bolało. Że jednak miałam tylko kilka kroków, matka uważała za zbyteczne noszenie bucików w dni powszednie przez tak młode stworzenie. Rzemiosło, którego się nauczyłam, bardzo zależało od pór roku; były więc dwa razy w roku takie okresy, kiedy pracy było mało lub nie było wcale. Matka starała się podczas tych przerw umieszczać mnie gdzie indziej; ja sama musiałam szukać zajęcia. Czytałam wtedy wszystkie szyldy na sklepach, a gdzie, jak mi się zdawało, potrzebna była dziewczynka, wchodziłam. To było najtrudniejsze. To stereotypowe pytanie: „Proszę bardzo, chciałabym pracować” i upokarzające uczucia, jakiego wtedy doznawałam, gnębią mnie jeszcze dotychczas, gdy nieśmiało, acz z nadzieją prosiłam o robotę. Często musiałam wpierw połykać cisnące mi się do oczu gorące łzy, nim zaczęłam mówić. Pewnego razu, miałam już wtedy 13 lat i wyglądałam prawie jak dorosła, podczas poszukiwań pracy przyszłam do kantoru21 fabryki wyrobów z brązu. Stary, niski pan, właściciel fabryki, sam wypytywał mnie o nazwisko, wiek i okoliczności życia rodzinnego i zamówił mnie na następny poniedziałek. Zasiadłam między dwunastoma młodymi dziewczętami i wreszcie dostałam się do ciepłego mieszkania. Pokazano mi, jak powinnam łączyć ogniwa łańcuszków, i prędko się wprawiłam. Właściciel był dla mnie przychylny, bo i tu byłam najmłodszą robotnicą, i wkrótce zarabiałam więcej niż u mojej krewnej. W ten sposób nauka w terminie została zupełnie zaniedbana, gdyż nowe rzemiosło okazało się korzystniejsze.