Dziesięć miesięcy pracowałam bez przerwy w fabryce wyrobów z brązu. Dostałam wtedy ładniejsze, według mych pojęć, suknie, kupiłam sobie przyzwoite obuwie i wiele innych rzeczy niezbędnych, żeby porządnie wyglądać. Mój zwierzchnik bardzo mnie lubił i wolał od innych dziewcząt. Obchodził się ze mną zupełnie po ojcowsku i pomagał mi wytrwać w mym postanowieniu trzymania się z daleka od tych rozrywek, które sprawiały przyjemność mym współpracowniczkom.
Dziewczęta w niedzielę chodziły tańczyć i później o tym opowiadały. Podczas przerw w pracy gawędziły z robotnikami; chociaż nie rozumiałam sensu tych rozmów, czułam jednak, że nie powinni tak mówić. Często wyśmiewano mnie z powodu mojej samotności, ale że zawsze byłam gotowa do opowiadań, nie unikano mnie. Po upływie kilku miesięcy pokazano mi inne zajęcie, które choć jeszcze lepiej opłacane, było jednak bardziej wyczerpujące. Musiałam lutować za pomocą miecha na gaz, co bardzo mi nie służyło. Twarz bladła mi coraz bardziej, ogarniała mnie jakaś dziwna niemoc, często doznawałam zawrotów głowy i musiałam szukać oparcia z powodu osłabienia.
Bardzo zaniepokoił mnie wtedy inny wypadek. Wspomniałam już raz, że mieszkałyśmy nie same, a z kolegą brata. Ten brzydki, ospowaty, małomówny człowiek zasypywał mnie grzecznościami. Często przynosił mi niewinne podarunki, jak pieczywo i owoce. Dostarczał mi też książki. Nie mogło to być podejrzane ani dla mnie, ani dla matki. Miałam wtedy dopiero czternaście lat. Pewnego świątecznego wieczoru nasz lokator powrócił sam i udaliśmy się na spoczynek, nie czekając na powrót brata. Położyłam się obok matki, przyciśnięta do ściany. Widocznie nie spałam jeszcze mocno, gdy wtem zerwałam się z okrzykiem przestrachu. Poczułam nad sobą czyjś gorący oddech, a w ciemności nie mogłam odróżnić, kto to mógł być. Krzyk mój obudził matkę, która natychmiast zapaliła światło i zrozumiała sytuację. Oto lokator, którego łóżko opierało się o nasze wezgłowie, wstał z pościeli i nachylił się nade mną. Drżałam na całym ciele z obawy i strachu i choć nie miałam jasnego wyobrażenia o zamiarach tego człowieka, przeczuwałam jednak coś złego. Matka robiła mu wyrzuty, na które prawie nic nie odpowiadał. Gdy powrócił brat, któregośmy oczekiwały, nie śpiąc, powtórzyła się gwałtowna scena i koledze brata odmówiono gościny. Nie nastąpiło jednak to, czego pragnęłam i oczekiwałam: nie wydalono go natychmiast, a dano mu tydzień czasu, by mógł znaleźć inny nocleg i by nie opuszczał nas z takim wstydem. Wiele cierpiałam z powodu tego niepojętego dla mnie pobłażania dla tego człowieka. Bałam się zasypiać, a gdy wreszcie sen mnie zmożył, trapiły mnie najokropniejsze sny. Z obawy zaciskałam ręce wokół szyi mej matki, by się tak uchronić. Gniewano się na mnie, mówiono, że przesadzam, składano winę na czytane przeze mnie romanse i zabraniano mi czytać cokolwiek. W kilka tygodni po tym okropnym dla mnie wypadku zapadłam w ciężkie omdlenie. Gdy dzięki pomocy lekarskiej odzyskałam przytomność, dręczyły mnie straszne obawy. Lekarz uznał stan mego zdrowia za ciężki i stwierdził chorobę nerwową. W klinice, dokąd mnie odesłano, rozpytywano o tryb życia mojej rodziny i stwierdzono, że to nadmierne używanie alkoholu przez mojego ojca tak ujemnie wpłynęło na moje zdrowie. Doktorzy zalecili mi ruch na świeżym powietrzu i dobre odżywianie, gdyż byłam bardzo wycieńczona i małokrwista. Takie były środki lecznicze zalecone przez znakomitego lekarza kliniki. Jak mogłam się do nich stosować?
Wszystko, co znosiłam dotychczas — nędza, praca i choroba, wszystko to było niczym w porównaniu z tym, co miałam przeżyć później. Miałam więcej nie wracać do fabryki wyrobów z brązu, gdyż zajęcie to było dla mnie trucizną, jak twierdzili lekarze; więc gdy tylko trochę doszłam do siebie, musiałam znowu szukać zajęcia. Żyłam jednak w ciągłej obawie. Bałam się na krok wyjść sama, myśląc, że znowu padnę zemdlona. Najgorętszym moim pragnieniem było móc umrzeć. Jednak musiałam szukać zajęcia; gdy znalazłam pracę i byłam pół dnia zajęta, zapominałam o strachu. Porę obiadową spędzałam teraz w parku, miałam bowiem używać dobrego powietrza, i zabierałam też mój obiad — owoce i kawałek chleba lub kiełbasę — tę „zdrową żywność” zaleconą przez lekarzy. Żywność moja była teraz jeszcze skromniejsza, byłam przecież kilka tygodni bez zajęcia, a doktor, zawezwany w pierwszej chwili przestrachu, i apteka musiały być spłacone. Obowiązkowych kas dla chorych jeszcze wtedy nie było.
W fabryce wyrobów brązowych nie powinnam była więcej pracować, gdyż to zajęcie podrywało moje zdrowie; obecnie znalazłam zatrudnienie w drukarni metalorytów22, gdzie miałam do czynienia z prasą, przy której musiałam jako ostatnia robotnica dźwigać z piwnicy paliwo, wciąż dręczona strachem, że zemdleję, chodząc po lichych schodach. Byłam tam tylko kilka dni i nie można mnie było zmusić do chodzenia tam dalej. Później pracowałam w fabryce nabojów. Po trzech tygodniach pracy, gdy w porze obiadowej szłam do domu, przechodnie podtrzymali mnie, widząc, że zaczynam chwiać się i mdleć. Kiedy przyszłam do siebie, odprowadzili mnie do domu, ku wielkiemu przerażeniu mej matki. Błagałam ją, by oddała mnie do szpitala, gdzie miałam nadzieję wyzdrowieć, o ile to jeszcze było możebne.
Trzy tygodnie spędziłam w szpitalu i chociaż to brzmi paradoksalnie, był to najlepszy czas w mym życiu, jakiego doznałam do tej pory. Wszyscy obchodzili się ze mną dobrze: lekarze, pielęgniarki i chorzy. Otrzymywałam regularnie jedzenie, miałam oddzielne łóżko i czystą bieliznę.
Starałam się być pożyteczna; zajmowałam się robótkami ręcznymi i dostawałam książki od doktora. Wtedy po raz pierwszy poznałam dzieła Fryderyka Schillera23 i Alfonsa Daudeta24. Ze wszystkich utworów dramatycznych Schillera najbardziej podobała mi się Oblubienica z Messyny, a z opowiadań Daudeta największe wrażenie sprawiło na mnie Fromont młodszy i Risler starszy.
Cztery tygodnie znajdowałam się w najlepszym otoczeniu, pod opieką lekarzy. Potem wypisano mnie jako uzdrowioną. W szpitalu ani razu nic mi się nie przydarzyło; zawsze dobrze się czułam. I oto znowu musiałam szukać pracy. Gdy tylko wyszłam sama na ulicę, wrócił strach. Nie mogłam jednak nic znaleźć. Wczesnym rankiem wychodziłam z domu, by być pierwszą przy bramie, jednak zawsze na próżno.
Matka, która od czasu mej choroby była dla mnie bardzo czuła, nazywała mnie swoim biednym, nieszczęśliwym dzieckiem i wzruszona odpowiadała na uściski, które przedtem odrzucała — teraz była zła, że tak dawno nic nie zarobiłam. Musiała się przecież tak męczyć. Dzień za dniem pracowała bez wytchnienia. Była zatrudniona w tkalni, od trujących farb miała zranione palce i jątrzące się wrzody na rękach; znosiła jednak wszelki ból i mężnie trwała w swym źle płatnym zatrudnieniu. Nie była już młodą kobietą. W wieku 47 lat urodziła mnie jako swoje piętnaste dziecko, miała zatem 61 lat, a w całym życiu nie zaznała ani jednego dnia wypoczynku. Gdy nie miała innego zajęcia, roznosiła po domach towar, by zarobić na dzienne utrzymanie; duma nie pozwalała jej być winną za mieszkanie lub cokolwiek innego. Był to oryginalny rys jej charakteru — żeby nie być od kogoś zależną. Oto miała dorosłą córkę, która powinna była być jej podporą, i córka ta nic nie zarabiała. Czyniła mi gorzkie wyrzuty, łajała mnie; ona sama zawsze potrafiła znaleźć sposób zarobkowania, ja więc też powinnam była to umieć.
Znajdowałam różnorodne roboty. Byłam w fabryce kartonaży25, w fabryce obuwia, u frędzlarki, w zakładzie, gdzie farbowano tureckie szale na zielono, próbowałam zajęcia w wielu innych miejscach. Przy niektórych z tych zajęć po kilku godzinach uznawano, że nie mam wystarczających umiejętności, innym znów razem słyszałam o korzystniejszej pracy, porzucałam dawną i szukałam nowej. Minęły trzy tygodnie, po których znowu nastąpiły zawroty głowy, a później poważne omdlenie. Znowu wróciłam do szpitala; byłam tak słaba i wycieńczona, że zwracałam ogólną uwagę na ulicy. Musiałyśmy często zatrzymywać się w bramie, bym mogła odpocząć na stopniach schodów. Drżąc, przyszłam do szpitala: pierwszy obiad, który otrzymałam, zwróciłam, ale po kilku dniach wszystko było dobrze. Znowu odżywiałam się dobrze i miałam wygody, których dotychczas nie zaznałam. Stało się wtedy coś takiego, czego całą zgrozę byłam w stanie ocenić dopiero w późniejszym wieku.