Pewnego dnia powiedziano mi, że nie ma już dla mnie ratunku, że nie ma nadziei na wyzdrowienie i bycie zdolną do pracy, muszę zatem zostać umieszczona w innym zakładzie. Musiałam się ubrać, wsiąść do karetki szpitalnej i po kilku minutach znalazłam się w kancelarii domu dla biednych. Miałam wtedy czternaście lat i cztery miesiące. Nie pojmowałam wtedy zgrozy mego położenia, płakałam tylko bezustannie, widząc otoczenie, w jakim miałam się teraz znaleźć. W dużej sali, gdzie łóżka stały rzędem i gdzie znajdowały się tylko stare, chorowite kobiety, wskazano mi łóżko i szafę. Stare kobiety kaszlały i miały ataki duszności, niektóre były bardzo nerwowe i mówiły jakoś dziwnie. W nocy nie mogłam zasnąć, gdyż znowu okropnie się bałam; staruszki też były niespokojne i zostawały w swych łóżkach. Jedzenie było też daleko nie takie smaczne jak w szpitalu; nie miałam tam żadnego zajęcia, żadnej robótki ręcznej i nikt nie opiekował się mną. W rozległym ogrodzie szukałam samotnych miejsc, by móc się wypłakać. Po upływie pięciu dni zaprowadzono mnie do zarządu, gdzie mnie zapytano, czy nie mam kogoś, kto mógłby się mną opiekować; tutaj bowiem nie mogłam zostać, gdyby zaś nikt mnie nie wziął, mieli mnie odesłać do gminy rodzinnej.

W mojej „gminie rodzinnej” nie byłam nigdy; nie rozumiałam nawet narzecza, jakim tam mówiono. Było mi bardzo smutno i znowu zawładnęło mną pragnienie śmierci. Wyjąkałam, że mam pracującą matkę i że ja sama pracowałam od dziesiątego roku. Dali mi kartkę, na której musiałam napisać, żeby matka mnie zabrała, gdyż inaczej wyślą mnie do Czech. Następnego dnia wracałam do domu z moją biedną matką, której nie chciano ulżyć w biedzie. W późniejszych latach często zastanawiałam się, co by też ze mnie było, gdyby mnie wysłano do stron rodzinnych. Zaczęłam myśleć o występnym, szablonowym postępowaniu biurokracji, która mnie, dziecko od najmłodszych lat wycieńczone przez głód i pracę, chciała umieścić w domu dla starców i kalek lub też rzucić na pastwę okropnego, niepewnego losu, gdyby na przeszkodzie nie stanął rozsądny urzędnik.

Często później byłam rozgoryczona, gdy wspominałam przeszłość, i mówiłam sobie, że tylko dzięki zwykłemu przypadkowi zostałam znowu pracowitą i zdolną dziewczyną, później zdrową kobietą i niewepchniętą w otoczenie, gdzie uważano by mnie za obcą. Gdyby mnie podczas spacerów w ogrodzie nie spostrzegł urzędnik, którego zadziwiła moja młodość, gdyby mnie nie wypytywał o wszystko, byłabym zapewne musiała przeżyć wiele ciężkich przejść. Więc byłam znowu w domu i miałam teraz zostać szwaczką.

*

Miałam się uczyć jeden miesiąc i matka chętnie zapłaciła za naukę, spodziewając się, że stworzy mi teraz lepszą przyszłość. Znowu przyszłam do majstrowej, która zatrudniała kilka dziewcząt. Małżonek nic nie zarabiał, większość czasu spędzał w kawiarni, a obowiązek utrzymania zdał na żonę. Żona zaś bezlitośnie wyzyskiwała dziewczęta. W przeciągu czterech tygodni powinnam była nauczyć się szyć bieliznę; cóż jednak robiłam zamiast tego? Matka moja, by mi dać możność nauczenia się nowego rzemiosła, uczyniła ofiarę w jej warunkach wprost niemożliwą: zadbała, bym była porządnie ubrana, zapłaciła z góry za naukę i karmiła mnie przez cztery tygodnie. A ja? Byłam niańką; nie czułam już rąk od noszenia małego dziecka mej nauczycielki. Musiałam godzinami spacerować, żeby innym nie przeszkadzał krzyk dziecka. Chodziłam po zakupy, zmywałam naczynia i robiłam inne rzeczy, które z nowym rzemiosłem nie miały nic wspólnego. Dopiero na początku czwartego tygodnia nauczyłam się dziergać dziurki, obrębiać, wyciągać fastrygi i wreszcie usiadłam przy maszynie, by spróbować pierwszych ściegów na papierze. Umiałam poruszać pedałem maszyny i to miał być środek, przy pomocy którego miałam zarobić na swoje utrzymanie i zwrócić matce to, co dla mnie wydała.

Dobra nauczycielka nie miała jednak zamiaru pozwolić mi pracować u siebie, bym przynajmniej teraz mogła nauczyć się tego, czego się przedtem nie nauczyłam. Teraz chodziło jej o to, by dostać inną niańkę dla swego dziecka i by jej za to jeszcze płacono. Z wymówką, że z powodu braku roboty nie może mnie zatrudnić, odprawiła mnie. Matka nie chciała się na to zgodzić, żądała zwrotu pieniędzy lub przedłużenia nauki. Jednak każda godzina, którą traciła na te sprzeczki, była stracona dla pracy i dla zarobku.

Musiałam więc zacząć poszukiwania, by znaleźć pracę jako szwaczka. Mogłam wprawdzie znaleźć pracę, ale gdy tylko brałam robotę do ręki, widziano, że nic nie umiem, i na tym się kończyło. Byłam zmuszona brać się do takiego zajęcia, jakie znajdowałam. Matka pomówiła z krewną i że miałam u niej długotrwałe zatrudnienie, zaczęłam u niej pracować. Rok był jednak bardzo zły, ponieważ mody damskie rozwijały się w zupełnie innym kierunku. Martwy sezon, który ożywił się cokolwiek dopiero na Boże Narodzenie, zaczął się już w listopadzie. Z początku skrócono pracę tylko o kilka godzin dziennie, ale cztery tygodnie przed Bożym Narodzeniem zupełnie zaprzestano pracować. Wróciłam więc do domu, a miałam przecież wtedy już blisko 15 lat. Zaczęły się więc znowu moje codzienne wędrówki. Było nam wtedy okropnie źle, gdyż jeszcze jeden członek rodziny był bez zajęcia. Podczas gdy młodszy brat został powołany do wojska, starszy powrócił z koszar. Był prawie ogołocony z najpotrzebniejszych rzeczy, nie miał ani grajcara, a przy tym posiadał wilczy apetyt. A tak trudno było znaleźć jakiekolwiek zajęcie, choć zabrałby się do każdego. Pracował od czasu do czasu, nie znajdował jednak nic stałego. A miał nam być podporą! Jak cieszyliśmy się z jego powrotu! I oto leżał ten silny i zdrowy człowiek, który trzy lata służył cesarzowi i ojczyźnie, a teraz musiał przyjmować nędzne utrzymanie od matki staruszki i siostry, jeszcze prawie dziecka!

Naturalnie, wtedy o tym nie myślałam; byłam dumna z tego, że bracia są zdolni do służby cesarzowi i na wypadek wojny będą w stanie bronić ojczyzny. W tym ciężkim czasie przedsiębraliśmy wszystko, co radzono mej matce. Ja musiałam pisać podania do cesarza, do arcyksiążąt, którzy uchodzili za wielkich dobroczyńców, i do innych bogatych „dobroczyńców”. Jak już wspomniałam, matka nie umiała czytać ani pisać, więc podania pisałam na swój sposób. Zaczynałam zawsze według jednej i tej samej formy: „Ponieważ matka nie umie pisać, a nam jest bardzo źle”... Otrzymałyśmy od cesarza pięć guldenów i taką samą sumę od arcyksięcia i pewnego bogatego dobroczyńcy, którego sekretarz przyszedł do nas sprawdzić nasz stan. Większość tych pieniędzy poszła na to, by sprawić bratu niezbędną odzież. Z czego miałyśmy żyć? Matka zarabiała cztery guldeny, które miały wystarczyć na utrzymanie trzech osób. Za wszelką cenę musiałam znaleźć pracę; następnych wydarzeń nigdy nie zapomnę, toteż od tamtego czasu nie było ani jednego roku, żebym nie wspomniała tej wigilii.

*

Była bardzo surowa, śnieżna zima i w naszym mieszkanku był ciągły mróz. Gdy rano chcieliśmy wyjść, musieliśmy przedtem odrąbać lód od drzwi, bo wejście do nas, wprost z podwórza, było opatrzone tylko szklanymi drzwiami. Matka wyszła z domu o wpół do szóstej, gdyż o szóstej rozpoczynała pracę. W godzinę później i ja poszłam szukać pracy. Niezliczoną ilość razy powtarzałam wtedy: „Bardzo proszę o pracę!”. Prawie cały dzień byłam na ulicy. Grzać w domu byłoby rozrzutnością, więc wałęsałam się po ulicach, kościołach i cmentarzu. Dostałam kawałek chleba i kilka grajcarów, by sobie kupić coś na obiad. Z siłą powstrzymywałam się od płaczu, gdy mi odmawiano i musiałam wychodzić z ciepłego mieszkania. Z jaką chęcią wykonywałabym wszelkie prace, bym tylko nie musiała tak marznąć. Moje ubrania były mokre od śniegu, a kończyny skostniałe, gdy całymi godzinami tułałam się po ulicach.