Na domiar matka była coraz bardziej zniechęcona, brat znalazł zajęcie — napadał śnieg i dostał pracę — wprawdzie za tak małe wynagrodzenie, że ledwie mógł wyżywić siebie samego. Tylko ja jedna nie miałam roboty.

Nawet w fabryce cukierków, gdzie spodziewałam się, że przed Bożym Narodzeniem potrzebują wielu rąk do pracy, nie dostałam zatrudnienia. Dziś wiem, że cała prawie robota świąteczna jest wykonywana na kilka tygodni przed Bożym Narodzeniem; wówczas robotnice pracują w dzień i w nocy i dopiero przed samymi świętami są zwalniane. Nie miałam jeszcze pojęcia, jak działa proces produkcji. Jak religijnie, z jaką wiarą modliłam się w kościele o pracę! Wyszukiwałam szczególnie znanych świętych. Szłam od ołtarza do ołtarza, klęczałam na zimnych kamiennych stopniach i zanosiłam modły do Dziewicy Marii, Matki Bożej, Królowej Niebios i wielu innych świętych, których mają za wszechmocnych i miłosiernych.

Nie traciłam nadziei i pewnego dnia postanowiłam swoje grajcary, za które miałam kupić obiad, rzucić do puszki ofiarnej dla „św. Ojca”. Tego samego dnia znalazłam sakiewkę z dwunastoma guldenami. Nie posiadałam się z radości i dziękowałam wszystkim świętym za to miłosierdzie. Nie przyszło mi na myśl, że może jakiś inny biedny człowiek wpadł w rozpacz z powodu tej zguby. Dwanaście guldenów było dla mnie tak wielką kwotą, że nie mogłam nawet przypuszczać, żeby mógł je zgubić jakiś biedny człeczyna. Nie wiedziałam też nic o obowiązku zawiadomienia policji. W znalezionej przy drodze sakiewce widziałam tylko miłosierną rękę moich świętych. Tego wieczora z wielką radością rzuciłam się matce na szyję i nie mogłam z siebie wydobyć nic więcej niż tylko: „Dwanaście guldenów, dwanaście guldenów!”...

Wielka radość panowała w naszym mieszkaniu i jakby dla dopełnienia szczęścia następnego dnia przyjęto mnie do fabryki papieru ściernego, gdzie kilka dni przedtem prosiłam o pracę i gdzie zanotowano moje nazwisko.

*

Moje nowe miejsce pracy znajdowało się na trzecim piętrze domu, gdzie były tylko przedsiębiorstwa przemysłowe. Dotychczas nie znałam jeszcze trybu życia w wielkiej fabryce, jednak nigdy nie czułam się tak źle jak tutaj. Wszystko mi się nie podobało. Brudna, lepka robota, nieprzyjemny pył szklany, mnóstwo ludzi, ordynarny ton i obejście dziewcząt, a nawet kobiet zamężnych.

Fabrykantka, czyli wielmożna pani, jak ją nazywano, była kierowniczką fabryki i mówiła zupełnie jak dziewczęta. Była to ładna kobieta, lecz piła gorzałkę, zażywała tabakę26 i nieprzyzwoicie żartowała z robotnicami. Gdy zaś przychodził czasem fabrykant, człowiek chorowity, zawsze odgrywała się okropna scena.

Bardzo go lubiłam. Wydawał mi się dobry i delikatny, a sądząc z obejścia i ze sposobu życia jego żony, zdawał się także nieszczęśliwy. Na jego polecenie otrzymałam inne, o wiele przyjemniejsze zajęcie. Dotychczas musiałam posmarowany klejem i posypany szkłem papier rozwieszać na sznurach rozciągniętych dość wysoko w pokoju. To zajęcie bardzo mnie męczyło, a fabrykant musiał również zauważyć, że nie jest dla mnie odpowiednie, gdyż od tego czasu przeznaczył mnie do liczenia papieru potrzebnego do wyrobu.

Ta robota była czysta i o wiele bardziej mi się podobała. Jednak gdy nie było co liczyć, musiałam wykonywać inne zadania. Fabryka była dość daleko od mojego mieszkania i nie mogłam chodzić do domu na obiad. Zostawałam w sali razem z innymi robotnicami, z restauracji przynosiłyśmy sobie zupę lub jarzynę, a kawę na podwieczorek zawsze miałyśmy ze sobą. Zasiadałam w kąciku i czytałam. Wtedy zajmowało mnie dzieło składające się ze stu zeszytów, był to Rycerz rozbójnik i jego dziecko27. Inni śmiali się ze mnie i wykpiwali moją „niewinność”, gdyż nic nie rozumiałam z ich rozmów. Często mówiono o jakimś panu Bergerze, komiwojażerze firmy, którego teraz oczekiwano z powrotem. Wszystkie robotnice bardzo go lubiły i byłam ciekawa zobaczyć tego pana. Byłam dwa tygodnie w fabryce, gdy przyjechał. Wszyscy byli poruszeni, nie mówiono o niczym innym, jak o wyglądzie podziwianego komiwojażera. Z panią przyszedł do sali, w której pracowałam. Nie podobał mi się bynajmniej. Po obiedzie zawołano mnie do kantoru; pan Berger posłał mnie po coś i zrobił przy tym niedorzeczną uwagę o mych „ładnych rękach”. Gdy wracałam, było już ciemno; musiałam przechodzić przez korytarz, do którego światło wpadało tylko przez szklane drzwi z sali, był zatem pogrążony w półmroku. Pan Berger znajdował się w korytarzyku, gdy przyszłam. Wziął mnie za ręce i ze współczuciem wypytywał o moje warunki. Opowiedziałam mu otwarcie o naszej nędzy. On powiedział kilka ciepłych słówek, pochwalił mnie i obiecał wstawić się za mną, bym dostała większą zapłatę. Rozumie się, że była to dla mnie wielka radość, teraz bowiem pracowałam dwanaście godzin dziennie za dwa guldeny i pięćdziesiąt grajcarów. Podziękowałam mu i przyrzekłam zasłużyć na jego wyróżnienie. Nim się spostrzegłam, pan Berger pocałował mnie; mój przestrach próbował złagodzić słowami, że to był tylko „ojcowski pocałunek”. On miał wtedy 26, a ja prawie 15 lat.

Skonsternowana, pośpieszyłam do swojej pracy. Nie wiedziałam, co myśleć o tym wydarzeniu; według mnie pocałunek mnie poniżał, jednak pan Berger mówił tak tkliwie i obiecał mi większą zapłatę! W domu opowiedziałam o jego przyrzeczeniu; o pocałunku jednak zamilczałam, wstyd mi było.