Następnego dnia jedna z koleżanek, młoda blondynka, która mi była najmilszą ze wszystkich, czyniła mi najokropniejsze wyrzuty. Wyrzucała mi, że zajęłam jej miejsce u komiwojażera, gdyż dotychczas ona jedna spełniała wszystkie jego rozkazy. Wśród łez i narzekań wyznała, że on ją kochał i że teraz przeze mnie wszystko się skończyło. Inne robotnice potwierdzały to, nazywały mnie obłudnicą, i nawet wielmożna pani spytała, jak mi smakowały pocałunki „pięknego komiwojażera”. Widziały całą wczorajszą scenę przez szklane drzwi i wytłumaczyły ją sobie tak dla mnie niekorzystnie.

Byłam bezbronna wobec tych przymówek i żarów i z niecierpliwością wyczekiwałam, kiedy pójdę do domu. Była sobota; gdy dostałam swoją zapłatę, poszłam do domu z zamiarem niepowracania tu więcej. Matka i brat nie zgadzali się na to. Było to dziwne. Matka, która tak starannie wychowywała mnie na uczciwą dziewczynę, która zawsze radziła mi nie rozmawiać z mężczyznami i zapewniała, że „tylko ten, który będzie mężem, może cię całować”, matka była w tym wypadku przeciwko mnie. Matka i brat mówili, że przesadzam. Pocałunek nie jest niczym okropnym, a gdy w dodatku dostanę większą zapłatę, byłoby szaleństwem porzucać pracę. Wreszcie znowu widzieli przyczynę mojej przesady w książkach i matka, rozzłoszczona, wyrzuciła za drzwi wszystkie pożyczone dzieła: Książkę dla wszystkich, Przez lądy i morza i Kronikę czasów; tak już byłam posunięta w literaturze! Później wszystko znowu zebrałam, nie odważyłam się jednak czytać, choć zawsze w sobotę czytałam dłużej.

Smutna to była niedziela! Byłam bardzo przygnębiona, a oprócz tego cały dzień mnie łajano. W poniedziałek rano matka zbudziła mnie o zwykłej godzinie i udając się do pracy, napominała, by nie robić głupstw, a myśleć o zbliżających się świętach. Wyszłam z domu; chciałam się przezwyciężyć i pójść do fabryki: doszłam do bramy domu, a później zawróciłam. Czułam jakiś dziwny strach przed niewiadomym niebezpieczeństwem, że wolałam się głodzić niż znosić wstyd. Bo wszystko, co było — pocałunek i wyrzuty koleżanek — wydawało mi się wstydem. Opowiadano mi oprócz tego, że zawsze jedna z robotnic miała szczególne względy u komiwojażera; miłostki te były jednak zmienne: gdy przychodziła nowa robotnica, która mu się bardziej podobała, zastępowała ona prędko miejsce starej. Wszystko wskazywało na to, że miałam być teraz tą wybraną. Bałam się okropnie. Tyle czytałam o uwiedzionych dziewczętach i straconej niewinności, że wyobrażałam sobie najokropniejsze rzeczy. Nie wróciłam więc na miejsce.

Lecz co począć? Z początku szukałam innego zajęcia; byłabym przyjęła wszystko, co by mi dali, ale na kilka dni przed świętami nie przyjmuje się nowych pracowników. Tułałam się po ulicy, a gdy nadszedł wieczór, wróciłam o zwykłej porze do domu. Nie miałam odwagi powiedzieć, że nie byłam we fabryce. W następnych dniach robiłam to samo. Wszystkie zabiegi, aby znaleźć jakieś zajęcie, były daremne. Owładnęła mną bezgraniczna rozpacz, później znowu wstępowała we mnie nadzieja, że jakiś przypadek mi dopomoże. Chodziło przecież tylko o dwa guldeny, bo nie był to nawet cały tydzień. Tyle słyszałam o Bożej wszechmocy, o pomocy w potrzebie, o wynagrodzonej cnocie i tym podobnych rzeczach, że wmówiłam sobie, że i dla mnie znajdzie się pomoc. Klęczałam przed ołtarzem, modląc się żarliwie, potem znowu, wytężając szukający wzrok, poszłam na ulicę; mogło mi się przecie udać znowu znaleźć sakiewkę i przynieść do domu więcej pieniędzy, niż się spodziewano. Poszłam na rynek rybny, gdzie tłoczyły się kobiety, robiąc zakupy na wieczór.

Choć zawsze wyobrażałam sobie ryby jako coś wspaniałego, teraz jednak, w mej rozpaczy, nie miałam na nie najmniejszej ochoty. Pragnęłam tylko pieniędzy. Do głowy przychodziły mi dziwne pomysły, które wzdragałam się zrealizować. Nadeszło południe. Ludzie spieszyli z pakunkami do domu, by osłodzić swoim bliskim zimowy wieczór. Już wszędzie przerwano robotę i mnie też oczekiwano w domu. Skąd miałam jednak wziąć pieniądze?

Wtem błysnęła mi jeszcze jedna myśl. Miałam ciotkę, która służyła u pewnej hrabiny; ciotka ta była dla nas jakąś znakomitością; tak wywyższała ją w naszych oczach służba u hrabiny. „Miejska ciotka” — było dla nas w tej nazwie coś świątecznego i gdy nas czasem odwiedzała, otaczałyśmy ją najgłębszym szacunkiem. Uważano ją za bardzo pobożną i parafia, do której należała, dostawała od niej wiele ofiar. Teraz liczyłam na jej pomoc. Nie zastałam jej w domu, była w kościele. Szukałam jej tam — już poszła. Klęcząc przed ołtarzem, wśród płaczu i szlochań błagałam Boga i świętych, by napełnili serce ciotki miłością i przychylnością dla mnie. Gdy teraz o tym myślę: potrzebowałam tylko marnych dwóch guldenów, a cała moja troska i bezgraniczna rozpacz rozwiałyby się jak mgła. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, ile pieniędzy marnowano, ilu ludzi żyje w przepychu, gdy inni cierpią nędzę! Wtedy nie wiedziałam jeszcze o tej różnicy, czy też wcale o niej nie myślałam. Myślałam, że wszystko jest postanowione przez Boga i że niepodobna zmienić stanu rzeczy. Tych godzin i całej tej boleści mego dzieciństwa i młodości nigdy nie zapomniałam.

Teraz jeszcze, choć wiele lat upłynęło od tej pory, nie mogę przejść obok płaczącego dziecka, nie spytawszy go o przyczynę płaczu. W takich wypadkach zawsze wspominam własne łzy i jak wtedy pragnęłam miłosierdzia! Jeszcze jako robotnica oddawałam mój zarobek płaczącym na ulicy dzieciom, które opowiadały mi o swej nędzy.

Nie zaznałam miłosierdzia. Pobożna ciotka, którą wreszcie zastałam w domu, poczęstowała mnie wprawdzie kawą i ciastem, ale gdy w końcu odważyłam się wyrazić swoją prośbę — pozostała sroga i nieubłagana. Namawiała mnie, żebym poszła teraz do domu, był bowiem wieczór wigilijny i na pewno na mnie czekali. Prosiłam ją i płakałam — pozostała niewzruszona: wspominając słowa świętych, odmawiała mi pomocy; każdy człowiek powinien z pokorą znosić nieszczęście, którego sam jest przyczyną — takie były ostatnie jej słowa. Znalazłam się znowu na ulicy. Przechodniów było niewielu, za to szyby okien jaśniały światłem i widziałam przez nie niejedną ślicznie przystrojoną choinkę.

W żaden sposób nie chciałam iść do domu. Cóż miałam opowiedzieć? Wyjaśnić wszystko? Bałam się i wstydziłam. Moje zachowanie w ciągu ostatnich kilku dni wydawało mi się teraz niesprawiedliwe; było niemożebne się do tego przyznać. Wyobrażałam sobie rozpacz mej biednej, znękanej matki, która musiała liczyć się z każdym grajcarem i która pokładała we mnie tak wielkie nadzieje. Jak mogłam teraz być przyczyną jej bólu i rozczarowania? Mój żal i strach powiększały się z każdą chwilą. O, gdybym się była przezwyciężyła i poszła do fabryki, powtarzałam sobie.

Wszystko zdawało mi się teraz przesadą — mój strach przed komiwojażerem, wstyd przed robotnicami i troska o swoją skromność. Czułam tylko, jak dobrze byłoby, gdybym mogła teraz przynieść do domu moją pensję.