Poszłam w stronę rzeki, wyobrażając sobie, że łatwiej jest skoczyć w jej zimne nurty niż przyjść do domu z moją winą. Gdy przechodziłam jedną z najludniejszych ulic, spiesząc do nowego celu — do śmierci w rzece, przy czym łzy bezustannie spływały mi po twarzy, a szlochania wstrząsały mym całym ciałem — zatrzymał mnie jakiś elegancki pan. Zapytał mnie, dokąd idę tak późno i dlaczego płaczę. To było moje zbawienie! To była opatrzność Boża! Znowu wstąpiła we mnie nadzieja i opowiedziałam mu o swoim zmartwieniu. Musiałam mieć dwa guldeny, gdyż inaczej nie mogę wrócić do domu. Jak przyjemnie i dobrze mówił ten pan. Chciał mi dać dziesięć guldenów, miałam tylko z nim pójść do niego, gdyż nie miał pieniędzy ze sobą. Nie wiem, co mnie ochraniało — gdyż, nie bacząc na swą nędzę, nie poszłam z nim do jego mieszkania. Przed domem, do którego dotarliśmy, poprosiłam go, by pozwolił mi zaczekać, aż wróci z pieniędzmi. Gdy mnie namawiał i próbował zaciągnąć do siebie, wyrwałam się z jego rąk i uciekłam. Ogarnął mnie taki dziwna strach; spojrzenia, które na mnie rzucał, tak mnie przeraziły, że nie namyślając się, pobiegłam w stronę swojego mieszkania. Zastałam tam brata, który już dawno mnie szukał i teraz zamierzał pójść do fabryki, by o mnie zapytać.
Czy mam jeszcze opowiedzieć, jak spędziłam ten wieczór wigilijny?
Czy trzeba mówić, że ani brat, ani matka nie mogli czytać w mej duszy, że nie mogli pojąć pobudek, a zatem nie mogli mi wybaczyć? Nazywali mnie złą i leniwą! Mnie — leniwą! W wieku, gdy inne dzieci bawiły się lalkami lub siedziały w ławie szkolnej, gdy je pielęgnowano i pilnowano, gdy usuwano im spod nóg każdy kamyczek, w tym wieku ja musiałam już opuszczać dom rodzinny, by na kark dziecięcy włożyć jarzmo pracy i troski o chleb powszedni. W wieku, kiedy inni jeszcze rozkoszowali się wspomnieniami dzieciństwa, ja nie znałam już dziecięcego śmiechu i miałam uczucie, że moim przeznaczeniem jest całe życie pracować. Ciężar tych lat dziecięcych długo mnie gnębił i uczynił ze mnie zawczasu poważne, niedostępne swawoli młodzieńczej stworzenie. W moim życiu musiało się stać coś wielkiego, nim zdołałam się otrząsnąć z tych wrażeń.
*
Znów znalazłam robotę, wykonywałam wszystko, czego wymagano, by pokazać swą pracowitość, a wiele jeszcze przeżyłam. Nastąpiła wreszcie zmiana na lepsze. Dostałam zajęcie w fabryce korków, która była prowadzona na szeroką skalę: zatrudniała 300 robotnic i około 50 robotników. Przyszłam do wielkiej sali, gdzie pracowało 60 kobiet i dziewcząt. Przy oknach stało dwanaście stołów, przy każdym z nich siedziało czworo dziewcząt. Naszym zajęciem było sortować wytworzony towar, inne znów liczyły go, a jeszcze inne wypalały na nim znak fabryczny. Pracowałyśmy od siódmej rano do siódmej wieczór. Na obiad dawano nam godzinę czasu, na podwieczorek pół godziny. Mimo tego, że w tygodniu, kiedy zaczęłam pracować, było święto, otrzymałam pełną pensję, jaką zwykle dostawały początkujące. Dostałam cztery guldeny. Tyle nie płacono mi jeszcze nigdy. Oprócz tego powiedziano mi, że jeśli będę zręcznie pracować, otrzymam po kilku miesiącach 50 grajcarów dodatku. Dostałam je już po sześciu tygodniach, a po upływie pół roku dostawałam pięć guldenów, później miałam sześć. Zdawało mi się, że jestem teraz bogata. Obliczałam, ile odłożę pieniędzy w ciągu kilku lat, i budowałam zamki w powietrzu. Będąc przyzwyczajona do nadzwyczajnej oszczędności, byłabym w swoich oczach rozrzutnicą, gdybym wydawała cokolwiek więcej na żywność. Nie myślałam o tym, co jem, chodziło mi tylko o zaspokojenie głodu. Chciałam tylko ładnie się ubierać. Chciałam, by nikt nie poznał we mnie robotnicy fabrycznej, gdy szłam w niedzielę do kościoła, wstydziłam się bowiem swego zajęcia. Praca w fabryce zawsze wydawała mi się czymś poniżającym. Gdy jeszcze byłam w terminie u krewnej, słyszałam, że dziewczęta pracujące w fabrykach są złe, lekkomyślne i zepsute. Mówiono o nich najohydniej i ja też powzięłam o nich to mylne wyobrażenie. Teraz sama chodziłam do fabryki, gdzie pracowało tak wiele dziewcząt. Robotnice były dla mnie dobre, pomagały mi w pracy w najdelikatniejszy sposób i zaznajamiały ze zwyczajami panującymi w fabryce. Dziewczęta z sortowni uchodziły za najlepsze z personelu. Wybierał je sam fabrykant, podczas gdy wybór innych robotnic należał do kierujących oddziałami. W innych salach kobiety pracowały razem z mężczyznami, w mojej były wyłącznie same kobiety. Mężczyźni byli tylko siłą pomocniczą, gdy trzeba było przenieść na podwórze ciężkie paki z policzonym, posortowanym i oznakowanym towarem. Obiad mogłyśmy spożywać w fabryce. Gdy pogoda sprzyjała, jadłyśmy na pakach w podwórzu, osłoniętym szklanym dachem. Zimą obiadowałyśmy w sali, gdzie stały maszyny. W sortowni, gdzie byłoby nam o wiele wygodniej, nie pozwalano nam zostawać, żeby towar nie przeszedł zapachem naszych „potraw”. Robotnice mieszkające w pobliżu udawały się na obiad do domów; tym było najlepiej, gdyż miały ciepłą i o wiele smaczniejszą strawę. Kilka tygodni chodziłam na obiady do znajomych. Było to prawdziwą męką. Musiałam 25 minut szybko biec, połykałam naprędce gorące jedzenie i znowu spieszyłam z powrotem, tak że wracałam do sali bez tchu, jakby przez kogoś pędzona. Nie mogłam tego znieść długo i wolałam ponownie zostawać we fabryce. Jak smutny i okropny jest los robotnic, można się było przekonać, patrząc na te kobiety. Tu były rzekomo najlepsze warunki pracy. W żadnej z sąsiednich fabryk nie płacono tak wiele, zazdroszczono nam. Rodzice uważali się za szczęśliwych, gdy mogli tam umieścić swe 14-letnie córki, która już skończyły szkołę.
Każda z nas starała się, by z niej byli zadowoleni i nie została zwolniona. Nawet zamężne robotnice, których mężowie znali jakieś rzemiosło, starały się o pracę dla mężów, choćby robotnika niewykwalifikowanego, wtedy bowiem egzystencja była pewniejsza. A nawet tu, w tym „raju”, wszyscy odżywiali się marnie. Kto zostawał w fabryce na obiad, kupował sobie za kilka grajcarów kiełbasy lub resztek sera w mleczarni. Czasami jadło się chleb z masłem i tanie owoce. Niektórzy pili też szklankę piwa i maczali w nim chleb. Gdy nam nasze „menu” już brzydło, przynosiliśmy sobie coś z gospody. Za pięć grajcarów zupy lub jarzyny. Jedzenie było rzadko dobre, zapach starego tłuszczu nieznośny; często brało nas takie obrzydzenie, żeśmy wylewały jedzenie i wolały suchy chleb, pocieszając się myślą o kawie, którą zabrałyśmy ze sobą na podwieczorek. Gdy fabrykant przechodził przez podwórko, gdzie obiadowałyśmy, zatrzymywał się czasem i pytał, co mamy „dobrego”. Gdy był w dobrym humorze lub gdy zagadnięta robotnica była ładna i umiała się skarżyć, dawał jej pieniądze, żeby mogła sobie kupić coś lepszego. Czułam do tego odrazę i kiedy mnie pytał, zawsze odpowiadałam, że jedzenie jest smaczne.
Próbowałyśmy też chodzić do restauracji. Otrzymywałyśmy tam za osiem grajcarów zupy i jarzyny, za drugie osiem dwie do spółki kupowały kawałek gotowanego mięsa. Byłam raz jeden w restauracji i powtórnie zachorowałam, a doktor zalecił mi zdrowe potrawy. Gdy zaś stan mój cokolwiek się poprawił i byłam silniejsza, żal mi było tyle wydawać: chciałam przecież zaoszczędzić pieniądze, by mieć trochę na czarną godzinę. W ogóle najlepiej mogły się odżywiać dziewczęta, które miały wsparcie od rodziny. Takich jednak było bardzo niewiele. Najczęściej musiały wspierać swych rodziców lub płacić za utrzymanie swych dzieci. Jak poświęcały się te matki! Zbierały grajcar za grajcarem, żeby poprawić byt swym dzieciom i żeby móc robić podarunki gospodyniom, za co te dobrze obchodziły się z dziećmi i dawały im lepszą strawę. Robotnice często musiały myśleć o swych bezrobotnych mężach i cierpieć podwójnie, gdyż same dźwigały ciężar wyżywienia całej rodziny.
Poznałam też lekkomyślność dziewcząt fabrycznych. Naturalnie, chodziły tańczyć i miały związki miłosne; inne szły o trzeciej po południu przed teatr, żeby wieczorem móc obejrzeć przedstawienie za trzydzieści grajcarów. Latem robiły wycieczki i godzinami chodziły pieszo, żeby zaoszczędzić kilka grajcarów za jazdę. Za widok zieleni musiały potem płacić kilkudniowym bólem nóg. Wszystko to można nazwać lekkomyślnością, jeśli ktoś chce, nawet pragnieniem przyjemności, nieprzyzwoitością, lecz któż ma na to odwagę?
Widziałam u mych koleżanek, tych pogardzanych robotnic fabrycznych, przykłady wielkiej ofiarności dla innych. Gdy u jednej z rodzin panowała jakaś nadzwyczajna nędza, robotnice robiły składkę ze swych krwawych grajcarów, żeby pomóc. Po dwunastogodzinnej pracy, a często i godzinnej drodze powrotnej do domu, szyły jeszcze wieczorami bieliznę, choć nigdy się tego nie uczyły. Pruły swe stare suknie i szyły je na nowe wieczorami i w niedzielę. Przerwy na obiad i podwieczorek nie były poświęcane na odpoczynek. Potrawy spożywano prędko, a resztę czasu spędzano na robieniu pończoch, szydełkowaniu i wyszywaniu. I mimo pilności i oszczędności wszystkie były biedne i drżały na myśl, że mogą stracić pracę. Wszystkie były bardzo pokorne i pozwalały, żeby przełożeni wyrządzali im najgorsze krzywdy, żeby tylko nie stracić tak dobrej posady, nie zostać bez chleba. Niektóre dziewczęta miały nieszczęście zasłużyć na specjalne względy jednego ze swych zwierzchników. Nagle zmieniał swoje zachowanie. Wtedy nie umiała już nic dobrze robić, nie awansowała, nie otrzymywała większej zapłaty, przeciwnie, wciąż dostawała nagany. Grożono jej zwolnieniem i biedna dziewczyna była prześladowana jak zwierz, aż wreszcie nie mogła wytrzymać i sama opuszczała pracę.
Później o niektórych z nich krążyły różne pogłoski. Jedna szeptała do drugiej, że widziano ją na pewnych ulicach w wyzywających sukniach lub też wychylającą się przez okno, żeby wabić mężczyzn. Wszystkie ją za to potępiały i ja też byłam oburzona. Żadna z nas nie pomyślała, czy byłoby inaczej, gdyby od razu zrezygnowała z oporu i skorzystała z względów zwierzchnika.