O tajemnej i o oficjalnej prostytucji nic jeszcze wtedy nie słyszałam, nie znałam nawet tego słowa. Później, gdy mogłam lepiej osądzać przyczynę i skutek, już inaczej myślałam o tych dziewczętach, tym bardziej że po upływie wielu lat dowiedziałam się o starszych robotnicach, jakim stosunkom zawdzięczają swe lepsze posady. Albo widziałam, jak któraś urządzała sceny majstrowi za to, że ją nagle zaczynał źle traktować, bo mu już obrzydła i chętnie by się jej pozbył, żeby móc „uszczęśliwić” inną. Wtedy nie myślałam o tym wszystkim; wtedy starałam się tylko, by jak najlepiej wykonywać swoją robotę i z nikim nie mieć żadnej styczności. W naszej sali nie było nawet takich wypadków: od naszego majstra nikt nie usłyszał dobrego, ludzkiego słowa. Był to tyran najgorszej wody i traktował wszystkie robotnice jak stado niewolnic. Nikt nie miał odwagi się na niego uskarżać. Uchodził za najlepszego pracownika przedsiębiorstwa, któremu był bez wątpienia zupełnie oddany. Że kiedyś sam był prostym robotnikiem w tej samej fabryce — o tym na pewno już dawno zapomniał.
W tym czasie bracia moi pożenili się i musieli dbać o własne rodziny. Ja nie chciałam opuszczać matki i starałam się, by nie musiała już pracować. Oszczędzałam tak jak moje koleżanki, a gdy mi zdarzyło się któregoś dnia wydać kilka grajcarów więcej, następnego dnia dosłownie się głodziłam. Wiedziałam już, że ze swoich oszczędności nie uskładam majątku, chciałam jednak mieć pieniądze, by na wypadek choroby matki nie trzeba jej było oddawać do szpitala, miała bowiem do niego okropny wstręt. Na równi z innymi robotnicami czułam się szczęśliwa, że pracuję w tej fabryce, i bojaźliwie wystrzegałam się wszystkiego, co mogło spowodować naganę.
„Dobry pan” — taka była ogólna opinia o naszym „chlebodawcy”. Jak opłacalne jest wyzyskiwanie siły roboczej rąk ludzkich, można się było najlepiej przekonać na osobie tego fabrykanta; on, który ze wszystkich przedsiębiorców był najprzychylniejszy dla pracowników, który przez wiele tygodni wypłacał pensję chorym robotnikom i robotnicom, który dawał pokaźne sumy osieroconej rodzinie robotnika, on, który nigdy nie odmówił prośbie, gdy zwracał się do niego ktoś w nędzy, on jednak wzbogacił się dzięki produkcyjnej pracy mężczyzn i kobiet zatrudnianych w jego fabryce. Jak jednak w tej fabryce zostałam socjaldemokratką, opowiem później.
Tymczasem nie czułam się biedna. Prawdziwie po królewsku cieszyłam się wspaniałym niedzielnym obiadem. Kupowałyśmy mięsa za dwadzieścia grajcarów i gotowałam obiad. Później, gdy powiększono mi zarobki, obiad był jeszcze lepszy i dostawałam szklaneczkę osłodzonego wina. Jednego tylko brakło mi do zupełnego szczęścia: moje koleżanki były konfirmowane28 i opowiadały mi, jak tam wszystko było wspaniałe i jakie podarunki otrzymały w dniu konfirmacji. Tylko ja jedna nie byłam konfirmowana, gdyż matka była zbyt dumna, by kogoś prosić na matkę chrzestną. Ona sama nie była w stanie sprawić mi białej sukni i wszystkich niezbędnych rzeczy, choć bardzo chciała to zrobić; i tak musiałam zawsze zostawać w tyle. Gdy czasem pojawiało się w gazecie ogłoszenie, że w dniu konfirmacji ktoś chce być chrzestną matką lub ojcem dla biednego dziecka, mama radziła mi, żebym i ja próbowała szczęścia i poszła do kościoła, albo muszę poczekać do czasu, aż sama zarobię tyle, żeby sobie wszystko kupić.
Gdy skończyłam szesnaście lat i pierwszy mężczyzna rozmawiał ze mną o zamążpójściu, odpowiedziałam mu zupełnie poważnie: „Ależ nie jestem jeszcze konfirmowana”. Moim zdaniem prawdziwa katoliczka powinna przyjąć ten sakrament, zanim pomyślała o ślubie. Mając siedemnaście lat, nie chciałam dłużej czekać. Młoda koleżanka, która była zaręczona z zamożnym człowiekiem, chciała zostać moją matką chrzestną. W sklepie ze sprzedażą ratalną kupiłam sobie ładną, jasną sukienkę, ładne buciki, jedwabną parasolkę, cienkie rękawiczki i piękny, przybrany kwiatami kapelusz, który wieńczył to wszystko. O, co to były za śliczności! Oprócz tego jazda w otwartej karecie, ceremonia w kościele z bierzmowaniem przez biskupa, potem przechadzka, modlitewnik i kilka praktycznych podarunków. Teraz dopiero uważałam się za dorosłą. Matka też już więcej nie chodziła do pracy, zarabiała trochę w domu i zajmowała się gospodarstwem. Wynajęłyśmy duży pokój o dwóch oknach; młodszy brat znowu zamieszkał z nami, ale tym razem bez kolegów. Gdy teraz czytałam w niedzielę, mogłam siedzieć przy oknie i byłam najszczęśliwsza. Czytałam teraz lepsze książki, nawet klasyków. Wielkie wrażenie wywarły na mnie wiersze Lenaua29. Wiersza Anna nauczyłam się na pamięć, potem Klary Hebert. Bardzo podobał mi się Oberon Wielanda30, nauczyłam się też na pamięć Narzeczonej Lwa Chamissa31. Goethe32 mnie jeszcze wtedy nie wzruszał, miałam go za „niemoralnego”, a niektóre epigramaty33 odrzucałam zupełnie, nazywając je „nieobyczajnymi”.
Dopiero kilka lat później czytałam Powinowactwa z wyboru, które mnie zachęciły do dalszego czytania. To dzieło najbardziej lubiłam, potem Ifigenię i Naturalną córkę.
Fizycznie też byłam silniejsza i wytrwalsza. Byłam wprawdzie blada, lecz która z koleżanek nie była? Mimo że byłam zupełnie zdrowa, pamiętałam dobrze, co przeszłam w życiu. Te cienie przeszłości prześladowały mnie i sprawiały czasem okropne cierpienia. Z najmarniejszych rzeczy wmawiałam w siebie, że znów zachoruję. Drżenie powiek, chwilowe niedomaganie uważałam już za objawy stanu chorobliwego. Często całymi dniami nie mogłam się otrząsnąć z tej obawy; przestraszona, budziłam się w nocy i tuliłam do matki, która cierpiała razem ze mną. Tygodniami byłam melancholijna, co znów koleżanki przypisywały tajemnej miłości. Nie chciałam im nic mówić o przyczynie swego smutku; wyobrażałam sobie, że gdybym o tym mówiła, zachoruję na dobre.
Ponieważ w moim otoczeniu często mówiono, iż pielgrzymka może przynieść ulgę we wszystkich boleściach, postanowiłam spróbować i tego środka. Chciałam błagać w cudownym miejscu o całkowite uwolnienie od mojej obawy o chorobę i jakiś znak, że moje błaganie zostało wysłuchane. Trzy godziny szłyśmy pieszo do miejsca odpustowego. Byłam przejęta najpobożniejszymi myślami. Co do jednej tylko rzeczy nie mogłam się od razu zdecydować. Przed zbliżeniem się do cudownego obrazu trzeba było się wyspowiadać i przystąpić do komunii. Zawsze jednak byłam temu zupełnie przeciwna. Przebyłam tę długą podróż, nic nie jedząc, gdyż można było przyjąć świętą hostię tylko wtedy, jeśli się poprzedniego dnia nic nie jadło. Gdy klęczałam w konfesjonale, nie wiedziałam, co mam mówić; ksiądz czekał na przyznanie się do grzechów, ja jednak nie przypominałam sobie żadnego grzesznego postępku. Wreszcie ksiądz zadawał mi pytania, między innymi takie, które mnie drażniły i dotykały. Na wszystko odpowiadałam „nie”; ksiądz dał mi tylko łatwą pokutę. Odbyłam ją, hostii jednak nie przyjęłam. Nie mogłam się zmusić do uwierzenia w cudowne działanie hostii, jakkolwiek wtedy wierzyłam jeszcze w Boga, w jego wszechmoc, w świętych i ich wstawiennictwo za modlącymi się. Zawsze instynktowne odczuwałam wątpliwości co do obrzędów. Tym goręcej modliłam się przed ukrzyżowanym Jezusem, który leżał w niszy jak w grobie. Przy modlitwie był okropny tłum. Wszyscy czołgali się na kolanach, by ucałować ślady gwoździ na wyciosanym z drzewa Zbawicielu. Zrobiłam to samo i dotknęłam ustami tych miejsc, które przedtem całowało tysiące chorych i zdrowych. Podczas procesji podziwiałam wszystkie cuda, którymi sławne było to miejsce. Na pamiątkę uzdrowionych rąk, które uważano za stracone, ofiarowywano woskowe srebrne i złote ręce; takież same kule na pamiątkę uzdrowionych nóg. Mnóstwo obrazów przedstawiało sceny wybawienia: na jednym z nich widziałam, jak dziecko padało z okna wysokiego domu i tylko dzięki miłości i litości Świętej Dziewicy bez szwanku dosięgło ziemi. Na innym znowu dziecko zostało uratowane z płomieni przez Marię, Królową Niebios, a nie przez odwagę strażaka. Widziałam jeszcze inny, na którym tratowane przez spłoszone konie dziecko wyszło cało dzięki opiece świętych. Widziałam dary składane za ocalenie od wszelkiego rodzaju śmierci, za uwolnienie od cierpień i za uratowanie od bankructwa; były nawet dary za szczęśliwe zaślubiny. Za wszystkie te święte i cudowne zdarzenia szczęśliwcy składali kosztowne ofiary; na darach tych można było przeczytać opis cudów. Nie mogę powiedzieć, że pozostałam wolna od wątpliwości: przecież tyle razy na próżno błagałam o pomoc. Kupiłam też świecę ofiarną, nie wiedząc, że gdy chce się mieć pewność, że żeby została uświęcona jako ofiarna, trzeba stać przy niej, aż się wypali. Później dowiedziałam się, że nie tylko fabrykanci świec ofiarnych robią na tym majątek, lecz i kościół procenty i procenty od procentów.
Główną atrakcją tego miejsca odpustowego jest cudowny obraz „Matki Boskiej”. Do obrazu tego dociera się po stopniach, po których wolno się poruszać, tylko czołgając na kolanach. Na każdym stopniu trzeba odmawiać „Ojcze nasz”, gdyż tylko w ten sposób można oczekiwać spełnienia prośby, z którą zwraca się do Miłosiernej Matki Boskiej. Widziałam, jak kobiety czołgały się ze stopnia na stopień, i zrobiłam to samo. Jak udekorowana była ta Maria! Podziwiałam tam mnóstwo srebra, złota i pereł, a w takim blasku i przepychu, jakiego nigdy jeszcze nie widziałam. Wszystko na niej błyszczało i iskrzyło się. Do samej Marii jednak nie można się było zbliżyć: wraz ze swymi kosztownościami była chroniona gęstą siatką przed wszelkim dotykiem. Zanosząc do Niej gorące modły, można się Jej było przypatrywać tylko z należytej odległości. Do tego więc przepychu, który mi lśnił i mienił się w oczach, miałam w nabożnej modlitwie wypowiedzieć swą prośbę. Żadna myśl z zewnętrznego świata nie powinna przenikać do duszy, która cała musi być skupiona na Bogu i Marii. Cóż dziwnego, że wróciłam do domu z tej pielgrzymki ze smutnymi wątpliwościami! Wzrok mój bowiem był tak skupiony na wspaniałym stroju Marii, że czułam, że nie byłam w stanie modlić się prawdziwie.
Pielgrzymka nie przyniosła skutków, gdyż moja obawa wcale się nie zmniejszyła. Chciałam spróbować jeszcze raz i znów udałyśmy się na odpust do cudownego miejsca, które słynęło z surowości, a nie było tak wystawne. Miejsce odpustowe dla biednych ludzi. Pewnego gorącego lipcowego poranka wyruszyłyśmy o czwartej rano, gdyż miałyśmy iść przez pięć godzin. Nie pozwoliłyśmy sobie na wypicie po drodze ani kropli wody; chciałam cierpieć, pokutować, by zasłużyć na miłosierdzie. Przyszłyśmy wreszcie, zmęczone, wygłodniałe, spragnione i pokryte grubą warstwą kurzu. Przed południem zebrały się tysiące ludzi, tak że nie tylko kościół, lecz i zajazdy były przepełnione. Podczas nabożeństwa w kościele, kiedy pątnicy szli w procesji z krzyżami i chorągwiami, tłok był tak wielki, że nie mogło być mowy o prawdziwym skupieniu ducha. Ludzie bez przerwy przychodzili, wychodzili, pchali się i tłoczyli. Potem następowały wołania o pomoc, a później jeszcze większy ścisk, gdy wynoszono zemdlonych w tej okropnej atmosferze. Kalecy, którzy z trudem wlekli się o kulach, na wpół ślepi, którzy ochraniali swe chore oczy, słabe dzieci na rękach matek, ciężarne kobiety, modlące się o szczęśliwy poród, i inni oczekujący błogosławieństwa — wszyscy w tym dzikim tłoku i krzyku. Potem przepełnione gospody, gdzie pito i hałasowano bez przerwy. Byłam rozczarowana i rozgoryczona i więcej nie poszłam już na odpust. Moja wiara nie została jeszcze zachwiana, uważałam jednak, że lepiej można się modlić w domu niż w otoczeniu, które przypominało prędzej jakąś wiejską zabawę niż miejsce święte.