Charakter miast jest nader oryginalny, ludzie zupełnie inni niż u nas: zajmują się sobą tylko, ruch bardzo wielki i do późnej nocy, a upały straszne. Rio de Janeiro jest tak kosztowne miasto, jak chyba żadne inne na świecie!
Przed chwilą powróciłem od pana Ferreira da Aranjo63, redaktora jednej z dziesięciu wychodzących tu gazet politycznych („Gazeta de Noticias”64): przedstawiłem mu się i powiedziałem, że mam zamiar zbadać stosunki i warunki bytu emigrantów polskich w Brazylii. Od niego dostałem kartę polecającą do pana hrabiego de Taunay65, który jest wiceprezydentem do spraw emigracji i kolonizacji; otrzymałem od tego ostatniego rendez-vous na jutro między dziesiątą a dwunastą rano jako dziennikarz z Warszawy.
Oprócz tego pan Franklin Alvares Junior ma mnie jutro o pierwszej po południu przedstawić samemu ministrowi, abym dostał urzędowe pozwolenie na ową podróż po stanach Brazylii.
Za dwa dni najdalej będę więc w podróży.
P.S. Wyjeżdżam dziś z Rio-Janeiro; jadę do prowincji Santa Catharina66, a stamtąd do Parany67: podróż ogromna, razem wziąwszy więcej niż dwa razy do Londynu tam i nazad.
W owych prowincjach zwiedzę polskie kolonie, do których zebrałem potrzebne adresy w biurze emigracji.
Z hrabią de Taunay miałem długie dosyć posiedzenie i rozmowę o emigracji, ale tego na razie nie opisuję.
W biurze emigracji udzielono mi map pomiarowych i nazwisk, gdzie mieszkają Polacy. Inspektorat zaś rządowy daje mi kartę polecającą, abym znalazł odpowiednie traktowanie; nie uwierzycie, ile te rzeczy kosztują trudu i zachodu przy słońcu, które pali jak piekło.
Do Santa Catharina wyjeżdżam za godzinę z tysiącem wychodźców.