— Niech Bóg broni! Pojechał do Valparaiso, pojechał ze łzami w oczach!

Straciłem cztery godziny czasu na próżno. Więc cóż, „załamać łapy i bić się w chrapy”? Powróciłem na to samo miejsce, skąd wyszedłem, następnie wszedłem do wielkiej międzynarodowej kawiarni de Globo, gdzie Anglicy często piją wino szampańskie, Niemcy — piwo, Brazylianie czarną kawę lub mleko z kawą, a ja kazałem sobie podać kawę i kieliszek koniaku. Tutaj, spokojnie siedząc, naradzałem się sam ze sobą, co dalej przedsięwziąć. I z tej narady Lukullusa z Lukullusem77 wypadło, że się trzeba chyba udać do któregoś z brazyliańskich braci po piórze, aby mi na początek udzielił jakichś wskazówek.

Właśnie leżało przede mną kilkanaście płacht drobno zadrukowanej bibuły, a ja, nie rozumiejąc ich treści, zastanawiałem się, którą by tu redakcję wybrać za swego doradcę. „Bo — myślałem w duszy — cokolwiek mi powie taki pan redaktor, czy mu będę wierzył czy niedowierzał, zawsze mi to pomoże do orientowania się lepszego, aniżeli w chwili obecnej”. Instynktem wybrałem „Gazeta de Noticias” a jak mnie później objaśniono, zrobiłem wybór najlepszy.

Niezwłocznie udałem się na poszukiwanie redaktora i wnet go znalazłem.

Byłem przejęty swą rolą do szpiku, więc wypaliłem mowę do pana Ferreira de Aranjo na temat nieszczęścia, jakiemu podlega nasz ląd, uwodzony przez ajentów obietnicami, niedającymi się w żaden sposób zrealizować.

— Jako od literata — rzekłem — mam prawo oczekiwać od pana objaśnień co do emigracji chłopów polskich do Brazylii. Bo jeśli ajenci postępują sobie nieuczciwie, to przecież jesteśmy sprzymierzeńcami i przeciwko nieuczciwości musimy wspólnie wystąpić.

Tak przemawiałem, sformułowawszy sobie przedtem jeszcze cały ów speech78 w myśli. Redaktor wysłuchał mnie uważnie, a następnie oświadczył z całą skromnością, że sprawy emigracji ludu polskiego i jego kolonizacji na ziemiach Brazylii są mu bardzo mało znane.

— Osobiście nie mogę panu udzielić żadnych informacji — mówił — ale udaj się pan do hrabiego Alfreda de Taunay, który się kwestiami tymi bardzo gorliwie zajmuje.

Cały następny dzień (27 listopada) zeszedł mi na usiłowaniach zobaczenia się z hrabią. Przede wszystkim adres, dany mi przez redaktora, był zły. Ale ponieważ hrabia jest osobistością znaną w Rio de Janeiro, więc dobry jego adres rychło znalazłem. Cóż kiedy nadaremnie zachodziłem raz, drugi i trzeci! Dopiero za pośrednictwem jego sekretarza uzyskałem termin interview79 na dzień 28 listopada o godzinie 12 ½.

Rozumie się, że byłem punktualny i z zegarkiem w ręku stanąłem w oznaczonym czasie na miejscu. Przedstawiłem służącemu swą kartę, a on wprowadził mnie do czekalni, gdzie się znajdowała wielka ilość bardzo pięknie oprawnych książek, a na sztalugach było pełno obrazów, nawiasem mówiąc, lichych. Po upływie jakich pięciu minut, wyszedł do mnie zza kotary mężczyzna wysoki, wybornie zbudowany, o pięknych rysach twarzy, a dobrze już podłysiały. Z wykwintną uprzejmością, ale i protekcjonalnością dużego pana podał mi rękę i wprowadził do swego gabinetu.