Od razu z kopyta opowiedziałem, co mnie sprowadza do Brazylii:
— Tracimy siły, których ziemia nasza potrzebuje. Może ich potrzebuje rzeczpospolita; ale one są glebae adscriptae80, do nas należą. Każdemu z obywateli naszego kraju bardzo chodzi o ten ubytek sił ludzkich, a przy tym trapi nas niepewność, czy się te siły nie marnują, czy ludzie biedni, ofiary nieświadomości, nie giną na próżno?
Hrabia przebierał po stole palcami ładnej męskiej ręki i słuchał mnie dosyć obojętnie, a kiedym skończył, on rzekł:
— Z jakim mandatem pan przybywasz?
— Najpierw z dobrą wolą własną, następnie mam upoważnienie jednego z krajowych dzienników, a oprócz tego, wydaje mi się, że życzenia ogółu towarzyszą mej podróży.
Przy tych słowach wydobyłem upoważnienie redakcji „Kuriera Warszawskiego” i przedstawiłem je hrabiemu.
— Jak to, więc wy tam macie i dzienniki? — napytał.
— Posiadamy nawet dosyć starożytną i bogatą literaturę! — odpowiedziałem, urażony pytaniem hrabiego.
— Mój panie, ludzie przybywający od was znajdują tu dla siebie dobry byt (ils trouvent la situation81)!
— Widocznie warunki bytu mało tu znaczą bez ludzi, skoro Brazylia ludzi tak pożąda; natomiast ludzie nawet mniej przychylne warunki bytu mogą uczynić korzystnymi dla siebie.