O dziennikach europejskich wyrażał się L. de N. z goryczą i przekąsem, aby mi w ten sposób dać pojmać, iż w korespondencjach swoich mam zupełnie otwarte pole pisać inaczej i przypodobać się Brazylii.
Nareszcie przybyliśmy do „Planety”, gdzie mój protektor przedstawił mnie kapitanowi okrętu, oznajmiając, że rząd rzeczypospolitej bierze na siebie pokrycie należności za moje podróże. Zrobiłem grymas ceremonii na tę wiadomość, a mój protektor z całą wrażliwością przyzwoitego człowieka zawołał:
— Przecież to pana do niczego nie zobowiązuje!
Wnet mi się przypomniała rozmowa Polaka T. z prof. W. we Wrocławiu:
— Gdybyś pan nie był profesorem uniwersytetu — mówił T. — dostałbyś kuflem w łeb za to, co mówisz o Polakach.
— Brauchen Sie sich nicht genieren91 — odparł spokojnie Niemiec.
Potem pan zastępca inspektora głównego długo coś na boku rozmawiał po portugalsku z kapitanem okrętu, a wreszcie zbliżył się do mnie i rzekł:
— Na nieszczęście, nie możesz pan dziś wyjechać z Rio de Janeiro, gdyż parowiec „Planeta” jest uszkodzony i muszą go naprawiać.
Wróciłem więc zawiedziony do hotelu z jaszczurkami; ale w kieszeni miałem już list, zaadresowany: „Ao Cidadao E. E. de V., Delegado do Inspector Geral no Desterro”92.
I znowu nazajutrz (dnia 30 listopada, niedziela), o ósmej rano, z mapą i torbą podróżną przybyłem do biura inspektoratu. Ale drzwi były jeszcze pozamykane; tylko Murzyni zamiatali sienie, zerkając na mnie białkami swych oczu. Rozpocząłem przechadzkę po ulicy tam i nazad. Wkrótce spostrzegłem gromadę ludzi głośno rozmawiających, a podkówkami od butów robiących szczęk, jakby konie szły przez ulicę. „Nasi idą!” — pomyślałem i nie zawiodłem się. Obdarci, lecz z dobrymi minami, w kaszkietach na bakier, podążali emigranci polscy ku kancelarii inspektoratu.