Od razu na ulicy ucięliśmy gawędę:
— Sześć miesięcy temu będzie — mówił jeden — jakeśwa93 nieszczęśliwie przyjechali tu z Polski...
— Co ty bajesz: sześć, kiej94 więcej! — odzywa się drugi.
— Cóżeście przez ten czas robili?
— A posłali nas Bryzoliany do Minas Geraes95 (jedna z lepszych pustyń świata), ale tam pies nie wytrzyma, tośwa wrócili do Ryjo; niech nas lepiej potopią albo we łby postrzelają!
— To tu widać ciężki kawałek chleba?
— Oj, niech cholera tego zdusi, kto Bryzoliją wynalazł!
— Przecież tutaj ludzie żyją.
— Jacy ta ludzie!... Co pan myśli, że taki Bryzolian do czego podobny? Ścierwo, boso chodzi, a przy ostrogach! Ta oni chleba nie jedzą, ludzkiego słowa nie znają...
Nadchodzili urzędnicy, zaczęto drzwi biura otwierać, i ja też z chłopami podszedłem do przybytku kolonizacji, gdzie przedpokój wyglądał zupełnie tak, jak nasze biura stręczeń służących. Chłopi zaraz hurmem rzucili się tam we drzwi, krzyczeli na cały głos i wymyślali od złodziei, od łajdaków. Bardzo byłem ciekawy, na czym się to skończy, kiedy właśnie nadszedł pan L. de N., zmierzył okiem sytuację, powiedział coś półgłosem do jednego z urzędników, a mnie poprosił do swojej kancelarii na piętrze.