Tutaj siedziałem przez chwilę, po czym mój protektor wręczył mi bilet z adresem: „Snr. Presidente la Companhia Lloyd brasileiro”96. Był to po prostu bilet wolnej jazdy, co wyglądało na łapówkę. Źle mi zapachniał cały interes. „Miałem jechać do Desterro z tysiącem emigrantów, a potem się jakoś wycofano... Ej, panie Adolfie, mówią o tobie, żeś człowiek miękki, nie zrób jakiego paskudztwa!”
Wyraziłem skrupuły wobec pana Franklina, ale ten się roześmiał:
— Pan masz zupełne prawo — rzekł — według tutejszego zwyczaju i nie potrzebujesz się krępować. A tylko tą drogą możesz dotrzeć, dokąd pragniesz, inaczej... wątpię.
Piszę wszystko szczerze, aby dzienniki brazyliańskie wiedziały, iż fałszem jest, jakobym tajemnie postępował; mam dowody i świadków na wszystko i „dever nunca se afastar da verdade”97 (słowa jednego z dzienników w Rio de Janeiro o mnie).
Ponieważ parowiec Lloyda brazyliańskiego wyruszał do Desterro dopiero w poniedziałek o dwunastej rano, pozostała mi przeto wolna niedziela na jakie takie rozpatrzenie się w życiu mieszkańców stolicy Brazylii. Naturalnie przedstawiam tutaj tylko osobiste wrażenia, a nie żadne studia, na co nie miałem czasu przecież.
Murzyn, jakkolwiek wyzwolony, jest tu jeszcze Murzynem między białymi, pół-białymi i ćwierć-białymi; pełni on wszystkie grube służebne roboty: przenosi na głowie ciężary, ładuje okręty, wysługuje się za parobka, a na starość najczęściej żebrze.
Nawet uliczni czyściciele butów są biali, ponieważ to lżejszy zarobek, zwłaszcza na ulicach pryncypalnych.
Uważałem98, że w towarzystwie z białymi rzadko kiedy można spotkać Murzyna. Murzynki najczęściej mają kramy z owocami lub służą po domach za kucharki i niańki.
Cudzoziemców w Rio de Janeiro pełno, a nie spotkałem ani jednego takiego, który by nie wymyślał na Brazylię.
Niedziele i święta ludność tutejsza obchodzi uroczyście: oprócz kawiarni oraz aptek, wszystkie sklepy są pozamykane, a na ulicach ruch znacznie mniejszy niż w dni poprzednie.