Szczególnie przedstawia się tu Europejczykowi młodzież szkolna. Widywałem żaków, w wieku lat 10 do 15, jak z laskami siedzieli w „Amerykańskiej” café-restaurant, pili tam koniak, palili ogromne cygara, a wszystkie te pędraki minami swymi pozowały na ludzi dojrzałych i poważnych.
Brazylianin mało używa przechadzki; w ogrodzie publicznym zwykle bardzo niewiele osób. Mężczyźni schodzą się na ulicy i tworzą tłum zupełnie taki jak u nas bywa przed giełdą; nieraz wystawają tak gromadnie, że się trudno przecisnąć; albo znowu wysiadują w dystrybucjach tabacznych, księgarniach i innych sklepach. Uprzywilejowanym miejscem takich schadzek w południe i wieczór jest ulica do Ouvidor.
Brazylianin jest to przede wszystkim elegant, strojniś, zawsze wyświeżony, przeglądający się w zwierciadle, okryty błyskotkami, uperfumowany; zamiłowany w złocie i brylantach. Nie mogłem wyjść z podziwu, gdy mi bardzo poważni ludzie opowiadali, że w Rio de Janeiro lekarza poznaje się po tym, iż nosi pierścionek ze szmaragdem, adwokat ma znowu w pierścionku rubin, inżynier wojskowy — szafir, a inżynier cywilny — turkus, czy coś takiego itd. Od Niemca, Anglika, Polaka dziwnie odbija ten typ człowieka o drobnych rączkach, małych nóżkach, małej głowie, z czarnymi, jak smoła, oczyma. W dużych miastach i w małych nie spotkasz nic takiego, co by wskazywało, że naród myśli, czuje, pracuje: brak pomników, brak smaku w budowie kościołów i domów, a daremnie poszukiwałem po sklepach w Rio de Janeiro, jako też na prowincji, wyrobów krajowych wyższej wartości; szukałem dzieł Brazylii, map — nie ma. Niemcy piszą o Brazylii dzieła i wydają mapy tego kraju; Niemcy cywilizują Brazylię. Jest tu za to wyborna kawa i znakomity tytoń.
Przez całe swoje życie nie widziałem tyle fajerwerków, ile przez czas pobytu w Brazylii; nawet w dzień, podczas nabożeństwa, puszczają przed kościołem fajerwerki. O ilem spostrzegł, Murzyni są głównie tu nabożni.
Brazylianie posiadają sporą fantazję, która buja tym swobodniej, gdy ją rzadko kiedy w porywach ogranicza jakaś pozytywna wiedza. Fantazja ta jednak nie wytwarza nic zbyt godnego uwagi. Spotyka się czasem dobry towarzyski frazes i nic więcej. Jest tutaj bardzo rozwinięte dziennikarstwo, i — wyznać należy — bardzo sumiennie prowadzone; ale nie ma literatury, nie ma pisarzy.
Oby to, com tu na niekorzyść Brazylian powiedział, było źle przeze mnie zaobserwowane!
Zwiedziłem muzeum, ogród botaniczny, prześliczny ogród publiczny nad brzegami morza i w oczekiwaniu jutrzejszej podróży do stanu św. Katarzyny wracałem około godziny dziewiątej wieczorem do domu w przekonaniu, że wzruszenia, w połączeniu z jaszczurkami, oka mi dziś zmrużyć nie pozwolą.
Kiedym przeszedł już ulicę S. Francisco de Paula, i wydostałem się na duży plac, ujrzałem masę ludzi z pochodniami; byli to fenianie99, którzy przy tym świetle i przy ogniach bengalskich obchodzili jakąś uroczystość. Odbywszy pochód, zniknęli mi sprzed oczu w bramie domu, gdzie się ich klub znajduje.
Wieczór ten był jakiś nadzwyczajny, bo znowu na rogu ulic: Assembléa i do Carmo, spotkałem tłum ludzi, któremu wojsko na koniach tamowało przejście. Właśnie w Rio de Janeiro dnia tego zaszedł nadzwyczajny wypadek godny, abym go tutaj wypomniał.
Gazeta „Tribuna”, dziennik liberalny w pełnym znaczeniu tego wyrazu, śmiałymi artykułami atakował tymczasowy rząd brazyliański, a mianowicie też zwracał się z pociskami do reprezentanta tegoż rządu, gen. Manoela Deodoro da Fonseca100. Otóż, po jednym z takich ostrych, lecz podobno sprawiedliwych artykułów, do redakcji owej gazety około godziny ósmej wieczorem (dzień prawie jasny) wpadło coś ze dwudziestu ludzi uzbrojonych w noże, kastety, rewolwery. Napastnicy ci niszczyli i psuli wszystko, co im podpadło pod rękę; jeżeli zaś spotkali ludzi, sprawiali im wały. W taki sposób zburzono całą redakcję, a dwóch ludzi ciężko poraniono (o ile wiem, jeden umarł wskutek pobicia). Jest to awantura bardzo charakteryzująca stosunki w Brazylii. Napastnikami bowiem byli stronnicy teraźniejszego rządu. „Więc cóż znaczy ta rzeczpospolita wasza i jej liberalne urządzenia?” — zapytywałem potem Brazylian, którzy mi odpowiadali, że ja, Polak, nie znam się na polityce, będącej walką stronnictw... Piękne stronnictwa, gdzie jedni mają noże i pistolety, a drudzy — trochę bibuły.