Nie wiem, czy dzienniki europejskie rozbierały akt ten i czy zaznaczały jego doniosłość; ja go tu notuję bez żadnych komentarzy.
Nazajutrz rano, przed pójściem na statek parowy, piłem kawę, a niedługo potem jadłem śniadanie w hotelu du Commerce, gdziem mieszkał. Przy stole było pełno Francuzów, którzy mnie tu znali jako Polaka i niekiedy wdawali się ze mną w rozmowę. Któryś lepiej mi znajomy zapytał, czym się zajmuję i po co jadę do stanu św. Katarzyny.
— Szukam wrażeń — odrzekłem — jestem bowiem literatem.
— Aha, to pan pisujesz do gazet? Czytałem właśnie kiedyś artykuł, że jeden Polak przyjechał do Brazylii, aby się przekonać, jak się tu powodzi emigrantom. To o panu była mowa? Mój panie, pamiętajże o tym, że Brazylianie są łajdaki, nicponie, oszusty; nie oszczędzaj ich przed światem! Wy, literaci, których tysiące ludzi czytają i którym wierzą jak przykazaniu, wy nie lubicie mówić prawdy... Panie Polaku, nie bądźże taki!
Strasznie czupurny był ten Francuz.
Wypaliwszy mi morał, wstał, trącił się ze mną kieliszkiem wina i życzył mi szczęśliwej drogi. Jużem go potem nigdy nie widział, choć po miesiącu czasu wróciłem znowu do hotelu du Commerce, gdzie się przez ten czas urodziły już młode jaszczurki.
VII
Aviso na parowcu „Desterro”. — Ładowanie okrętu. — Gdzieżby w Brazylii brakowało na okręcie Polaków. — Studenci brazyliańscy. — Wybitniejsi ludzie w Brazylii. — Kapitan Jeronymo França. — Inżynier wojskowy w powrocie z podróży po Amazonce i Niemiec komiwojażer. — Przybyłem do Desterro.
Już jestem na eleganckim, filigranowym brazyliańskim parowcu „Desterro” i w kabinie nr 12. Przeczytałem sobie aviso: „nie wolno tu palić tytoniu, mieć przy sobie psów, małp, nie wolno rozpinać odzieży, ubliżać kobietom i w ogóle dopuszczać się czynów, obrażających zasady moralności”. Wszystko to wypowiedziano w aviso tonem kaznodziejskim, o ile zrozumiałem portugalszczyznę. Jest tu na okręcie ozdobnie, w salonie i pokoju jadalnym — pełno kwiatów; ale po wszystkich kątach włóczą się niesforne, krzykliwe dzieci, a mimo ostrzeżenia Brazylianie i Brazylianki rozwalają się, jak dłudzy, po kanapach. Wychodzę na pokład; powiewa flaga z godłem „Ordem e progresso”101, Murzyni, śpiewając monotonne pieśni, znoszą na swych głowach wory z towarami, wtaczają beczki, dźwigają kosze — słowem, ładują okręt. Na workach, beczkach — znaki firm i napisy wskazujące, dokąd towar idzie: do Desterro, Santos, Paranagua, Porto Allegre itd.
A gdzieżby w Brazylii na jakim okręcie nie było teraz polskich emigrantów!... I tu z daleka ich już spostrzegam — poznaję z cholew butów, z kapot, kaftanów granatowych, a dzieci — z białych jak len włosów.