Symptomaty choroby i wyobraźnia. — Rada komiwojażera. — Aptekarz i lekarz. — Wizyta u pana delegata. — Choroba, o której się tu nie mówi. — Wieści z ulicy. — Biuro kolonizacyjne i hotel emigrancki w Desterro. — Michał Cieślik spod Białegostoku. — Co nasi emigranci mają w Brazylii. — Czego im brakuje? — Urubú. — Canja i cha (kanżaisza). — Henryk Rupp. — Pastor protestancki i geometra kolonizacyjny.
Zaledwie się rozgościłem w hotelu i pomyślałem, co dalej przedsięwziąć, gdy dostałem tak silnego zawrotu głowy, że usiadłem w nadziei, iż stan taki rychło przejdzie. Tymczasem było mi co chwila gorzej: przystąpiły dreszcze, ból w krzyżu i w nogach. Wyobraźnia zrobiła swoje i nie omieszkała poszeptywać: „Pewnie żółta febra, a nie febra, to beri-beri”118. Ścierpłem na myśl, że w Desterro mogę poleżeć jakie dwa tygodnie, bo umrzeć — to już wszystko jedno gdzie. Nadaremnie sobie powtarzałem: „Nie, nie mogę chorować!”
Kiedym poczuł, że istotnie jakieś mocne zakłócenie jest w organizmie, zacząłem przyzywać Murzyna posługującego w hotelu, a skoro się zjawił, prosiłem, aby przyzwał przyjaciela mego, komiwojażera. Jakoż Niemiec w binoklach na nosie i z uśmiechniętą fizjonomią wnet się ukazał na progu mej izby. Opowiedziałem mu o swym stanie zdrowia i o swoich obawach.
— To nic — rzekł — dźwignij się pan i idź do Dragaria e Pharmacia, dadzą jakiekolwiek lekarstwo i po wszystkim.
— Jak to, aptekarz ma mnie leczyć?
— Nie chcesz pan aptekarza, to on panu lekarza sprowadzi; wszystko jedno.
Zebrałem siły i chwiejąc się na nogach, poszedłem na ulicę szukać Dragaria e Pharmacia. Zakładów tych jest dosyć w Brazylii, więc niewiele miałem trudu.
— Potrzebuję lekarza — rzekłem po francusku.
W odpowiedzi na to jegomość z czarną brodą wziął do rąk parę flaszeczek i na migi się wypytywał, jakiego chcę lekarstwa; na etykietach flaszeczek były różne napisy, a między nimi... Oleum ricini119.
— Non, non! — zawołałem. — Medicin!... Médico!120