Zdaje się, że jednocześnie któryś z konsulów brazyliańskich w Niemczech wystąpił z ostrym protestem przeciwko moim korespondencjom i domysłom, jakich sobie na zasadzie wieści zasłyszanych pozwoliłem, przewidując, co czeka Polaków w Brazylii.
Może ów protest konsula doszedł już z Europy do Rio de Janeiro, kiedy żegnałem Desterro bez łzy w oku; po ludzku pożegnał mnie tylko França, brazyliański Europejczyk.
Na parowcu znowu spotkałem geometrę polskich kolonistów, a był tu także Michał Cieślik, który mi ciągle powtarzał swą prośbę, abym zawiadomił jego rodzinę o losach emigrantów polskich w Brazylii. Do tej prośby mogę to tylko dziś dodać, że ogół Polaków w Brazylii, zrozpaczony i nieszczęśliwy błaga swych ziomków, aby zaniechali kroków lekkomyślnych i nie zwiększali sumy ogromnego nieszczęścia.
A więc jazda! Widzę ciągle przepyszne krajobrazy i przyroda bogata wynagradza mnie jako tako za różne doznane zawody.
Przed wieczorem stanęliśmy w Itajahy138 i zaraz zwróciłem się z listem od delegata do szefa miejscowej kolonizacji. Jest to człowiek jakiś zgoryczony i widocznie źle uprzedzony139 do Polaków. Rzucił się na mnie tak, jak gdybym ja emigrantów nasyłał do Brazylii. Krótko trwała nasza rozmowa, bo kto obelgi rzuca na moich ziomków, ten i mnie obraża. Zerwałem z rządem!
Na wszystkie oskarżenia i ostre uwagi zwrócone ku polskim chłopom odpowiedziałem szefowi hurtownie:
— Nie może pan od Polaków wymagać, aby byli dobrymi obywatelami rzeczypospolitej brazyliańskiej, ponieważ byli złymi synami swojej własnej ojczyzny: oni z niej uciekli! Takim nie w głowie patriotyzm brazyliański!
— C’est vrai!140 — mruknął, przeszywając mnie swymi małymi, czarnymi oczkami, które miały coś kłującego w sobie.
Wróciwszy do hotelu, wdałem się w rozmowę z właścicielem Niemcem, który widocznie mógłby mi był dużo powiedzieć, ale należał do rzędu ludzi, o których się u nas mówi: „To Metternich!”141
Gdym go pytał o kolonie nowe, o emigrantów, uśmiechał się zagadkowo, wzruszał ramionami i palił tytoń ze swej porcelanowej fajki z panną malowaną.