Wśród ścisku ludzi i ciemności nocy zaledwie zdołałem ołówkiem zapisać niektóre nazwiska:

Józef Rutkowski143, Ignacy Hernacki z Orla, a także Augustyn Nowak i Antoni Więckowski proszą, abym o ich smutnych losach, o wielkiej niedoli, zawiadomił ks. proboszcza Ociechowskiego. Leon Szczepkowski pragnie to samo donieść Janowi Szczepkowskiemu w Smolanach przez Mławę. Jakub Gawroński błaga, aby się z takąż samą wiadomością zwrócić do ks. proboszcza Smoleńskiego w Drobinie. Józef Szczepański znów pragnie zawiadomić Adama Szczepańskiego w Drogiszkach przez Mławę. Grzegorz Rajewski przedziera się przez tłum i woła: „Panie, zlituj się, napisz do Mariana Rajewskiego w Drobinie!” To samo robi Konstanty Zakrzewski, prosząc, abym wieść o nim dał Franciszkom Pszczółkowskiemu w Młodyminie przez Mławę.

Niepodobna mi wszystkich zapisać, bo na to mało dnia i nocy. Przytaczam tylko nazwiska ludzi żywych, którzy sobą złożyli na moje ręce świadectwo prawdzie. Niech mi pan konsul brazyliański144 w Niemczech nie mydli oczu, że Brazylia ma prawa; bo prawa potrzebują ludzi, aby ich strzegli, a wypadki takie, jak z „Trybuną”, emigrantami polskimi, świadczą, że prawo zamienić można na bezprawie. Nie znam brazyliańskiej konstytucji, lecz znam to, com widział.

Nie pamiętam tego dobrze, co ja mówiłem do emigrantów, gdyż to była chwila nadzwyczajnego wzruszenia, a gdy się za żywo czuje, trudno wtedy myśleć i pamiętać. To pewna145, iż nie mogłem tych biedaków zachęcać do jakiegoś buntu, bo i na cóż by im się to przydało. Radziłem im chyba to samo, co powtarzałem wszystkim: „Kiedyście sobie zamknęli drogę powrotu do kraju, a więc wam pozostaje tylko praca, która może złagodzi waszą niedolę”.

Jednakże bytność moja w koszarach owych rozniosła się wśród emigrantów po stanie św. Katarzyny; od chłopów przeszła do ich tłumaczów, a stamtąd do władz rządowych. Emigranci bo zrobili146 z tego legendę formalną o kimś takim, który się zjawił w nocy w barakach Itajahy — rodzaj śpiącego rycerza147. Sam słyszałem potem, jak chłopi opowiadali mi w Massarandubie148: „Przyjechał i przepowiadał wyzwolenie z Bryzolii na przyszłą wiosnę.”

Gazety podobno mnie osmarowały strasznie; mówię podobno, gdyż przypadkiem jeden tylko taki artykuł wpadł mi w ręce.

Nazajutrz, jakby nigdy nic, spotkałem się z cierpkim panem szefem i on swoje, a ja swoje. Towarzyszyłem mu przy ładowaniu emigrantów na okręt ze 170 wychodźcami, po czym ruszyłem w drogę.

I znowu dzień zeszedł na wodzie. Parowiec wlókł za sobą ogromną łódź odkrytą, a na niej Polaków napchanych jak śledzie; dla tych ludzi była to ciężka katusza przy palącym słońcu i jakich 30° Réaumura149.

Jakże się bardzo różni od szefa w Itajahy szef z Blumenau150! Człowiek, jakby nie urzędnik: wykształcony, skromny i dobry. Ale cóż, on powinien być inspektorem kolonizacji, a nie szefem, który potrzebuje żelaznej energii. P. V. de P. R. przyjął mnie nieurzędowo i przyobiecał wysłać nazajutrz do nowo powstających polskich kolonii.

Rozstawszy się z nim, pomyślałem o tym, aby siły pokrzepić jakim posiłkiem, uporządkować swoje notaty i wypocząć. Zaledwie przybyłem do hotelu, spostrzegłem na stole w sali jadalnej gazetę i w niej wyczytałem zjadliwy artykuł przeciwko „Kurierowi Warszawskiemu”, a głównie przeciw wyprawie mojej w celu zbadania na gruncie spraw kolonizacji. Mówiono tam o mnie, jako o tajnym ajencie, który w chłopskiej sukmanie myszkuje po Brazylii i jakoby paraliżuje szlachetne i dobroczynne usiłowania rządu. — „Oh, gdybym ja to mógł skutecznie uczynić!” — Ton artykułu był uszczypliwy i pełen insynuacji.