Skorom już swoje zrobił i wrócił potem do Rio de Janeiro, ktoś (nazwiska nie wymieniam) tak do mnie przemówił:
— Obawialiśmy się tu, czy pan wrócisz.
— Z jakiego powodu?
— No, po artykułach dziennikarskich oskarżających cię o tajemne postępowanie i naruszanie porządku publicznego policja rzeczypospolitej na śladach pańskich była czynna w stanie św. Katarzyny...
— Doprawdy? A to duży zaszczyt, iż rzeczpospolita zajęła się moją osobą!
— Nie bądź pan śmiałkiem, bo to właśnie jest najniebezpieczniejsze!... W policji brazyliańskiej jest dużo wyrzutków, gotowych na wszystko.
— Jeżeli w Brazylii uczciwi ludzie mają się obawiać łotrów, to kogóż się łotrzy będą obawiali?
Odstąpiłem tu na chwilę od toku opowiadania dlatego, ażeby niektóre wypadki mojej wędrówki były bardziej zrozumiałe. Nazajutrz nie padał, lecz potokami lał się deszcz z nieba. Z ganku tylko i z okna przypatrywałem się osadzie Blumenau, którą można by nazwać niemieckim rajem w stanie św. Katarzyny. Wszędzie niemiecka czystość, niemiecki porządek, a upiększa to wspaniała przyroda podzwrotnikowa prawie. Całe Blumenau wygląda jak szereg willi, których właściciele napracowali się przedtem, a teraz sobie żyją dostatnio i spokojnie. W domach czy na ulicy słychać niemiecki język tylko, widać niemiecki obyczaj; w hotelu można tu sobie zadysponować obiad taki, jakby np. w Bremie.
Usiadłem w oknie i przyglądałem się przepysznej alei palmowej, która by mogła upiększyć najwspanialszą rezydencję. Wtem podszedł do mnie jakiś człowiek, mogący liczyć 35 lat wieku, i po polsku zapytał mnie, czy tutaj mieszka konsul od emigrantów, który wczoraj z Warszawy zjechał do Blumenau na statku parowym. Odpowiedziałem na to, że wprawdzie jestem z Warszawy i przyjechałem wczoraj na parowcu, ale nie jestem i z pewnością nigdy już nie dojdę do godności konsula.
— Niech no pan mówi prawdę, bo ja mam ważne rzeczy do zeznania!