— Jeżeli macie coś do zeznania przed konsulem, to nie zeznawajcie tego przede mną, bo ja jestem człowiekiem zwykłym, bez znaczenia — odpowiedziałem, myśląc w tej chwili o artykule przytaczanym w gazecie. Muszę tu nadmienić, że fizjonomia człowieka robiła na mnie złe wrażenie.

Stał przez chwilę, nic nie mówiąc, nareszcie znów się odezwał:

— I jakże, niczego się od pana nie dowiem? Może się pan boi, żebym przed Brazylianami nie wygadał?

„Oho! — myślę sobie. — Ludzie przypuszczają, że działam tajemniczo...”

Przyznam się, iż mnie paliła ciekawość, więc z kolei zapytałem:

— A któż wy jesteście?

— Jestem emigrant, pochodzę z miasta Łodzi nazywam się Henryk Rosentreter, pracowałem w fabryce pana Szajblera przez lat czternaście. Pan Szajbler odradzał mi emigrację, alem go nie usłuchał...

Nic na to nie odrzekłem, wyczekując dalszych uwierzeń. On znowu przez czas jakiś milczał, zerkając na mnie z boku, a nareszcie tak dalej prawił:

— Wybiera się tu do pana cała kompania tam z baraków, będzie z 500 ludzi: powiadają, że nam pan koniecznie na tę biedę poradzi.

— Skądże wam przyszło do głowy, że ja jestem konsulem?