Lecz pójdźmy na ląd, zobaczmy Massarandubę.

Ja nie wiem, czy kto obliczył, ile ta okolica ma przestrzeni. Góry na prawo, na lewo, przed tobą i za tobą, a między nimi warczą potoki, skaczą po skałach, spadają, pienią się i lecą do matki-rzeki, Itajahy Assù, która ich wody odda oceanowi-ojcu. Na górach bory, a w borach pokrzykują papugi, ptak guacho169, wyśpiewuje dyszkantem tiku-tiku170, wtóruje mu curio171 lub sabia172, nad strumieniem znowu zaczyna ciągle piosnkę swą benti-vi173 i nie kończy jej, a ara-ponga174 pogwizduje! Przelatują krocie motyli i prześlicznych kolibrów.

Widziałem Massarandubę w dzień, w nocy i o wschodzie słońca; widziałem, jak bujał nad nią jej gavio (sokół) i czarny urubu (sęp); słyszałem wołanie puchaczów i osobliwe głosy capu175 (żab); widziałem w nocnych cieniach miliony świateł świetlików176 i latarników177 siadałem pod cieniem jej pysznej indai (palmy) i kokojery (palmity), albo się przedzierałem przez gąszcze cipao (roślina pasożytna) i takuare (trzcina taka jak bambus), tworzącej jakby triumfalne łuki.

Nie spotkałem się na szczęście ze strasznym jararaca178 (wąż jadowity), lecz mi zachodziły drogę wielkie jaszczury i węże koralowe, a tukao179 z gniazda spoglądał na mnie ciekawie. Wyznać muszę, że zrobiło to wszystko wielkie wrażenie w mej duszy, wrażenie niedające się zapomnieć...

Lecz człowiekiem jestem i wielbię naturę, a dla ludzi tylko mogę mieć uczucie miłości. Zobaczmy w Massarandubie ludzi, tych ludzi, co przez ocean lecieli z żonami i dziećmi, pewni, iż jak z rogu obfitości skarby tu będą czerpali.

Sześć drągów wbitych w ziemię, nad nimi lichy dach z liści palmowych — oto barak, siedziba jakich trzydziestu rodzin, które tu sypiają, modlą się, śmieją, a najczęściej płaczą. Dokoła budy płoną na ziemi ogniska, a przy ogniskach w skorupach warzy się czarna fasola, zwykły posiłek tutaj ludzi najbiedniejszych.

O trzysta lub czterysta kroków dalej znowu takaż buda i znowu tacy sami ludzie; jeszcze buda i także ludzie! Idę i odzywam się — „niech będzie pochwalony Jezus Chrystus” — a wszyscy ci ludzie już się zwrócili ku mnie; byli zasępieni, jacyś źli, a rozjaśnili się, podbiegają, witają. Brudne to, obdarte, sponiewierane, pokaleczone, niech Bóg broni!

Więc zwykła rozmowa, skąd ja, a skąd oni, każdy wymienia swą wieś, opowiada o swych losach, ubolewa, skarży się strasznie!

— Na klęczkach pójdę do mojego kraju! — woła jeden.

— Ratuj nas, panie, bośmy nieszczęśliwi! — wykrzykuje inny.