Po schodach wchodziły dwie damy. Pięćdziesięciolatka przy tuszy, o brązowych oczach to matka Paula. Druga to jego narzeczona, Anna, młoda i śliczna. Rozmawiały ściszonym, poważnym tonem. Od czasu do czasu matka Paula przystawała zdyszana.

— Nie możesz mu tego powiedzieć — rzekła z wyrzutem. — Oszaleje. Znam go. Jest taki wrażliwy.

— Nie mogłam napisać — odparła zlękniona dziewczyna. — Wydawało mi się, że łatwiej będzie, jeśli powiem to wprost. Poza tym i tak miałam jechać do domu.

— Kim jest ten drugi? Lepszy jest od mojego Paula?

— Och nie. — Słychać było, że Anna ma gulę w gardle. — Ale tam się poznaliśmy. Nie jesteśmy zaręczeni. Ale obiecałam mu odpowiedź, jak tylko wrócę.

Matka Paula znów się zatrzymała.

— Co z ciebie za dziewczyna? — odezwała się ostro. — Jeden tu, drugi tam! Gdyby tylko babcia tu na górze usłyszała. No, teraz nie płacz, bo Paul zobaczy. Chyba umiesz być dla niego miła przez godzinę. Potem możesz uśmiercić jego radość, skoro musisz.

— Proszę nie być taką surową — prosiła dziewczyna. — Jestem szczera. Nie chcę nikogo skrzywdzić.

— No pewnie — powiedziała ta starsza nieco życzliwiej. — Tylko nie mów od razu. Znam Paula lepiej niż ty. Z nim trzeba ostrożnie.

Młoda kobieta uśmiechnęła się z wdzięczności, gdy usłyszała łagodniejszy ton. W milczeniu wspinały się dalej.