Paul otworzył na dźwięk dzwonka. Przyciągnął Annę do siebie i wykrzyknął:

— W ogóle się nie zmieniłaś! — Przyjrzał się jej rozpromieniony.

Nie zauważył jej bladych policzków i zagubionego wzroku. W niektórych sytuacjach był zadziwiająco podobny do babci — ona widziała tylko to, co chciała.

— Potem dłużej porozmawiamy — rzekł i pomógł jej zdjąć płaszcz. — Ale najpierw musisz skosztować babcinego tortu z napisem „Witamy”.

Gdy dziewczyna weszła do pokoju z tapetami w wielkie kwiaty, zdało jej się, że nigdy nie wyjechała. Starsza pani siedziała w wózku — dokładnie tak, jak Anna ją zapamiętała — a stare, czcigodne meble patrzyły na nią tak samo zachęcająco jak dawniej. Poczuła się przez nie jak zdrajczyni. Zegar na ścianie tykał i tykał. Ale czas, ten ulotny, zatrzymał się, odwrócił się na progu. Babcia uśmiechnęła się do Anny.

— No więc jesteś. I pewnie chcesz się napić kawy. Jak ci się wiedzie, Sigrid? — odezwała się do córki.

— Słychać tu telefon, jak zadzwoni? — spytała tamta. — Przychodzę od Elsy. Lada chwili może urodzić.

Stara kobieta porządnie się rozzłościła.

— Co ty wygadujesz! — krzyknęła donośnym głosikiem. — Elsa jest na dziecięcym przyjęciu. Włożyła czerwoną sukieneczkę.

Wszyscy się uśmiechnęli. Pewnie! Elsa jest na przyjęciu. Co z tego, że było to dwadzieścia pięć lat temu? Drzwi przedsionka znów się otworzyły. Przyszła siedemnastoletnia Rigmor, inna wnuczka babci. Wpadła do środka i rzuciła się Annie w ramiona. Oczy jej zabłysły.