— Witamy! — zakrzyknęła. — Ależ mamy święto!
Ucałowała również babcię. Weszła młoda ździra z dzbankiem kawy. Przesunięto wózek. Teraz wszyscy zasiedli do stołu. Z tortu błyszczał piękny, zielony napis „Witamy”. Annie zakręciła się łza w oku. Spojrzała na każde z nich. Drobna staruszka, której część pozostała w szczęśliwym dzieciństwie. Paul, który patrzył na nią z błyskiem w oku i głaskał jej dłoń. Jego matka ze zmartwionym wyrazem twarzy, rozmyślająca nad nieszczęściem Paula i krytycznym momentem w życiu siostry. I Rigmor, która opowiadała o jakimś przyjęciu.
Babcia zaproponowała do tortu wino.
— Bardzo tego potrzebuję — przyznała matka Paula i wychyliła kieliszek.
Anna się nie odzywała. Czy Paul coś zauważy?
Rigmor usiadła w oknie. Jakiś młodzieniec, którego darzyła czułymi uczuciami, obiecał przejść obok o konkretnej godzinie i unieść kapelusz. Może wymknie się stąd na spacer u jego boku. Rumiane policzki odwróciła w stronę szyby. Słyszała ich głosy niczym usypiającą mruczankę. Jej lekkie, radosne myśli wyruszyły już ku przygodzie.
Ale zgromadzeni przy stole rozmawiali w dziwny, szarpany sposób. Paul miał zlęknioną minę. Anna opowiadała o Ameryce, ale jej wzrok błądził, jakby nie śmiała spojrzeć w czułą twarz Paula. Jego matka widziała, jak zbladł i jak zabłysły mu oczy, wilgotne od zbliżających się łez. Od czasu do czasu wrzucała jakieś zdanie, żeby podtrzymać rozmowę. Cały czas nasłuchiwała, czy nie dzwoni telefon. „Biedna Elsa”, myślała, rozdarta między strachem o siostrę i o syna. „Na pewno jej ciężko. Że też nowe życie rodzi się w takim bólu! Co poczną z tym maleństwem? Mają już tyle dzieci”.
Ale staruszka, zadowolona, kiwała głową. Wino pięknie zarumieniło jej policzki. Była szczęśliwa pośród szczęśliwych. Z kuchni słychać było, jak młoda ździra hałasuje przy zmywaniu. W pokoju unosił się lekki i przyjemny zapach kawy. Stara nie słuchała, o czym mówią pozostali. Jej myśli zanurkowały w głąb skarbnicy wspomnień. Czegoś tam szukała — wspomnienie majaczyło, było niewyraźne.
Młoda dziewczyna, która przyszła zerwać zaręczyny, była coraz bardziej zrozpaczona. „Jak się na to zdobędę?”, myślała i odwróciła się, żeby nie widzieć jego jasnej twarzy i zdziwionego spojrzenia. I gdy mówiła, jej myśli zajęte były czym innym. Wyjechała z domu, by odwiedzić rodzinę w Ameryce oraz przyjąć posadę, którą jej załatwili. Póki Paul nie znajdzie lepszej pracy, nie mogli na razie myśleć o ślubie. Nie było jej przez cały rok. Wyjechała tak młodziutka i niedoświadczona. Kochała Paula, nigdy wcześniej nikogo nie kochała. Ten drugi mężczyzna był tak inny od Paula, że aż musiała się uśmiechnąć w całym tym strapieniu. Był wysoki, dobrze zbudowany, miał szeroki podbródek i śmiałe oczy. Paul był gołębiem, a tamten drapieżnikiem, sokołem. Ujął ją, bo tak bardzo się różnił od ludzi, których wcześniej znała. „Chcę”, mawiał. I dostawał wszystko, czego chciał. Teraz chciał ją i ją też dostanie. Czy na pewno?
Na tę myśl zaczęła współczuć Paulowi. Dlaczego nie był wysokim, silnym mężczyzną? Wyglądał jak chłopiec — wąskie ramiona i niepewny uśmiech. Niewiele w nim siły. Nigdy nie słyszała, by z błyskiem w oku mówił: „Chcę!”. Gdyby tylko mógł tak powiedzieć! Gdyby mógł ją zatrzymać!