— Ależ ona opowiada o Paulu — szepnęła matka Paula, gdy tamta na chwilę umilkła. — Znów pomieszkała wspomnienia. To na pewno coś, co ja jej kiedyś opowiedziałam.

— Niech opowiada! — rzuciła Anna, wzruszona myślą o samotnym chłopczyku.

— Ale raz zdobył przyjaciela, prawdziwego przyjaciela — ciągnęła starsza pani. — Był to chłopiec, który wcześniej też trzymał się z dala od innych. A to dlatego, że miał nędzne ubranie i ubogi dom. Pozostali go nie cierpieli. Dwaj samotni chłopcy patrzyli na siebie na skraju placu zabaw. Podchodzili coraz bliżej. I wtedy mój syn podał biednemu rękę. Tamten nie wyglądał jakoś przyjemnie. Był blady na twarzy, miał niespokojne, głodne oczy — zupełnie jak bezpański, zdziczały pies. To niepojęte, że mój syn tamtego polubił. Miał serce wrażliwe na wszystkich słabych, może dlatego, że sam był mały i słaby.

Od tej pory ci dwa byli nierozłączni. Wieczorem mój chłopiec chował kanapki. Tamten żarłocznie się nimi opychał. Nie jestem pewna, czy tamtego obchodziła przyjaźń, ale chleb i wędlinę wprost uwielbiał. Och, jak mój mały tamtego podziwiał. To jego wina. Musiał podziwiać i kochać, inaczej by zginął. Tak się wtedy cieszył. „Mam przyjaciela! Mam przyjaciela!”, nucił bez przerwy. No, a potem było tak...

Z tego zapału policzki staruszki zrobiły się czerwone. Najlepiej bawiła się, gdy o czymś opowiadała, a pozostali w milczeniu słuchali. Słowa turlały się jak z oddalonego kącika jej mózgu, czekały, aż podniesie się śluza pamięci. Młoda ździra uśmiechała się w drzwiach. Paul opuścił wzrok, bawił się frędzlami fotela.

Rigmor skinęła głową przez okno. Młodzieniec przeszedł obok i przywitał się, wywijając kapeluszem. Rigmor rozejrzała się po pokoju, lecz nie widziała możliwości wymknięcia się. Dlatego potrząsnęła lokami i ściągnęła usta.

— No, a potem było tak — babcia ciągnęła opowieść. — Pewnego dnia dwaj mali przyjaciele poszli do lasu. Był piękny, letni dzień. Ptaki świergotały z gałęzi, las pachniał, w koronach drzew tajemniczo szumiało. Mój chłopiec został w tyle. Kiedy dogonił kolegę, ten trzymał coś w dłoni. Było to puchate, piszczące pisklątko, które wypadło z gniazda. I plask! — ze śmiechem rzucił nim o kamień.

Chłopcy znieruchomieli, jeden w drugiego wbił wzrok. Mój synek drżał i trząsł się z przerażenia. Uznał, że przyjaciel całkiem się przeobraził. Nie jest już chłopcem, tylko trollem12 z oczami, które chcą wyjść z oczodołów jak ostre rogi, a zamiast dłoni ma długie, zakrzywione szpony. Usta zatrzymane w śmiechu były jak paszcza drapieżnika. Mój syn uniósł dłoń — małą, chudą, białą dłoń — żeby uderzyć trolla, ale ten uciekł. Wtedy mój mały upadł na kolana przed zmiażdżonym pisklęciem. Cały świat leżał zmiażdżony u jego stóp. Już nigdy nie będzie radości i śmiechu. Dla niego ptaki przestały śpiewać.

Staruszka wzięła głęboki wdech i wygodniej umościła się na siedzeniu. Matka Paula spojrzała z przerażaniem na Annę. „Dlaczego mama teraz o tym opowiada?”, pomyślała. „Anna uzna tylko, że jest dziwny, a to nie pomoże jej uczuciom do niego”. Ale Anna podniosła głowę i gorliwie słuchała, jakby dowiedziała się czegoś nadzwyczajnego.

— Nikt nie zrozumie mojego syna tak jak ja — powiedziała babcia, nie wiedząc, o czym myślą pozostali i że opowiada o Paulu. — Jego przyjaźń legła w gruzach. Stracił wiarę w kompana; ten prawie uśmiercił mu serce. Ułożył pisklę na miękkim mchu i gdy nastała noc, wymknął się z domu. Pochował ptaszka, na grobie położył kamyk. A potem, nie uwierzycie, potem sam chciał umrzeć. Taki mały chłopczyk. Tamten go zdradził. Nie był przyjacielem, zamienił się nagle w ohydnego trolla. A jego małemu, wiernemu sercu wydało się, że nie da się dłużej żyć. Przez całą noc biegał po lesie. Sądził, tak mi potem mówił, że wbiegnie prosto w śmierć niczym w wielki ogień. Czuł, jak wiatr niesie ukrop z płomieni; biegł w stronę, gdzie według niego znajdował się ogień. Nie potrafił już żyć. Niektóre dzieci takie są. Wiernie i życzliwie wierzą w przyjaźń i miłość. Załamują się, gdy więzi się zerwą.