Czyżby babcia mówiła do narzeczonej Paula, która przyszła z nim zerwać? Nie. Babcia po prostu cieszyła się wspomnieniami. Lecz narzeczona zakryła twarz dłońmi. Wyraźnie widziała tego małego chłopca, który sądzi, że śmierć to płonący ogień; chciał tam wbiec, bo zdradził go przyjaciel. Takie są niektóre dzieci. Tacy też są niektórzy dorośli. Być może ten ogień to także namiętne serce, które nie zniesie zdrady.
Wtem Anna dostrzegła w narzeczonym tego, którym był — lepszy od tamtego, wierny, namiętny, oddany. Dorosły Paul tylko nieznacznie oddalił się od dziecka. Teraz to zrozumiała. Cały czas o tym wiedziała, lecz opowieść babci pozwoliła jej się ocknąć. Nigdy nie przestała go kochać! To odkrycie tak ją ucieszyło, że nie mogła już dalej słuchać opowieści o tym, jak chłopczyk dostał gorączki i był bliski śmierci. „To dziś nic nie znaczy”, myślała. „Przecież żyje! Przecież siedzi tu, mały Paul! Nie musisz już wbiegać w płomienie”.
Ktoś zadzwonił do drzwi. Jakiś pan w jesionce wszedł do środka. Matka Paula wybiegła.
— Jak jej poszło? — zakrzyknęła.
— Urodziła chłopczyka — odparł ten radośnie, bowiem był to mąż Elsy.
Chór pytań, odpowiedzi i wznoszących się salw śmiechu przerwał głos babci.
— Dlaczego Elsa nie wraca? Nie odrobiła jeszcze lekcji.
— Och, babciu — odezwał się Paul. — Dla babci wszyscy jesteśmy dziećmi, które nie odrobiły lekcji!
— A ja dziś moją odrobiłam — powiedziała znienacka Anna; lekkim krokiem podeszła do Paula i nadstawiła czerwone usta do pocałunku.
Niebawem wszyscy się rozeszli, każdy w swoją stronę. Słychać było ich kroki na schodach. Drobna staruszka została w pokoju, gdzie zegar tykał i wybijał godziny. Zasnęła. Zacisnęła żylastą dłoń, jak gdyby we śnie kurczowo trzymała drobną, miękką rączkę dziecka.