Wieczór w gospodzie
Pociąg zatrzymał się z szarpnięciem na niewielkiej stacyjce na południu Francji. Wysiadło parę osób. Na peronie kilka czerwonych latarni zbliżało się do podróżnych, poza tym było całkiem ciemno. Lokomotywa zagwizdała, wagony ruszyły dalej.
— Co za ciemnica! — wykrzyknął zdenerwowany głos kobiecy.
Czerwone światełka podeszły teraz do grupki pasażerów.
— Zdarzyło się dziś małe nieszczęście — odezwał się zawiadowca i podniósł latarenkę, by lepiej widzieć. — Zgasło światło elektryczne, na stacji i w całej wiosce. Bardzo nam przykro!
— Typowe francuskie zaniedbanie! — mruknął jeden z mężczyzn po angielsku.
— Pewnie u was w Londynie nic podobnego nie mogłyby się wydarzyć — usłyszano sarkastyczny głos.
Z czerwonymi latarenkami na czele towarzystwo ruszyło w stronę budynku stacji. Inspektor był uprzejmy i wymyślał coraz to nowe zwroty, by przeprosić za to przykre zdarzenie. Hotelowy posłaniec i kilku czarnych chłopców przyszło z latarenkami, by gościom oświetlić drogę do pobliskiego pensjonatu. Wiele osób tu nocowało. Kilka kilometrów dalej znajdowała się atrakcja turystyczna — osiemnastowieczny zamek, w którym mieszkał pewien wybitny poeta. Zatrzymywano się na noc w tym skromnym hoteliku, nad ranem oglądano zamek, po czym pociągiem ruszano dalej.
Za stacją, gdzie jednak w kilku oknach świeciło się, było jeszcze ciemniej. Niedawno padał deszcz, dlatego droga była mokra i śliska. Słyszeli szum fal, rozbijających się o brzeg. To zatoka Morza Śródziemnego. W oddali, po jej drugiej stronie, migotało mnóstwo świateł w miasteczku, do którego pociąg być może już dojechał. W powietrzu unosił się wspaniały zapach mimozy. Niedaleko musiało rosnąć drzewo — być może to wielki ogród — jednak niczego nie było widać. Nikt z towarzystwa nie odzywał się. Jedynie chłopcy na przodzie żartowali i krzyczeli, huśtając świecącymi latarenkami.
Gospodarz wyszedł na schody hotelu.