Gospodarz chciał jeszcze coś dodać do swej historii, lecz się powstrzymał. Ktoś głośno przesunął krzesło. To mężczyzna z ciemną bródką nagle wstał. Bez słowa przeprosin odszedł od stołu i usiadł przy kominku. Pozostali patrzyli na niego zdziwieni. Francuzka, która właśnie obierała mandarynkę, rzuciła mu zamyślone spojrzenie. Lecz on skierował smutne oczy w stronę ognia.
— No, tak to jest — odezwał się gospodarz, lekko oburzony, że przerwano mu opowieść.
Wkrótce wszyscy skończyli jeść i także usiedli przy ogniu. Kelner posprzątał ze stołu. Gospodarz zapalił przy oknie fajkę. Teraz, gdy wszyscy milczeli, słychać było morze.
— Ach, przez ten odgłos dopada mnie melancholia! — powiedziała Francuzka, a futro zsunęło jej się z ramienia.
W zielonej sukni, z podwójnych sznurem pereł wokół szyi, wyglądała olśniewająco. Angielka wyciągnęła robótkę i w świetle lampki naftowej, stojącej za jej plecami, zaczęła dziergać. Ponieważ nie widziała dobrze, sięgnęła do obszernego worka, który wisiał na jej ramieniu, wyciągnęła binokle i wsadziła na nos. Siedziała teraz zadomowiona, jak gdyby była we własnym domu w Londynie.
— Każdy z nas powinien coś opowiedzieć — odezwał się żydowski kupiec po tym, jak z lekkim uśmiechem przyjrzał się wszystkim po kolei.
— Historię o duchach! — wykrzyknęła Francuzka, potrząsając perłami.
— Zdaje mi się, że właśnie taką usłyszeliśmy z ust gospodarza — odezwał się nagle ten z bródką.
Wszyscy na niego spojrzeli. Miał przyjemny, niski głos, ale lekko drżący. Być może to przez wino. Podczas posiłku niemało wypił.
— Historie o mężu szukającym zbiegłej żony zawsze mnie przygnębiają — ciągnął. — W tym wypadku znalazł rywala. Ale ilu z nich znajduje?