— Jest pan bardzo młody — rzekł tamten spokojnie. — Zastanawiam się, czy pan to faktycznie rozumie.

Ponieważ nie padła odpowiedź, mówił dalej:

— Jednak mój przyjaciel nie znał mężczyzny, z którym uciekła jego żona. Nie znał nawet jego nazwiska. Inaczej nietrudno byłoby ich wytropić. Ale muszę zacząć od początku. Żona mego przyjaciela jesienią i zimą podupadła na zdrowiu, więc lekarz zalecił jej pobyt w górskim kurorcie. Mąż w obawie o jej zdrowie ochoczo przystał na propozycję lekarza. Żona natomiast niechętnie myślała o podróży. Wciąż znajdowała wymówki, by odroczyć wyjazd. Ostatecznie mąż ją namówił. Potem nie potrafił zrozumieć, dlaczego aż tak nalegał. Być może równie szybko wyzdrowiałaby w domu. Został sam. Nie była to jednak pusta i smutna samotność. Zdawało mu się, że ona jest przy nim w każdym zakątku mieszkania. Wchodził na palcach do jej pokoju. Unosił się tam zapach fiołków. Sukienka, której ze sobą nie zabrała, wisiała na oparciu krzesła, przy szezlongu stały jej kapcie. Czuł jej obecność. Miał wrażenie, że słyszy jej lekkie kroki. Późnym wieczorem, gdy czytał w swoim pokoju, nagle unosił głowę i nasłuchiwał. Czy nie nadchodzi? Miała zwyczaj otwierać drzwi, przechodzić przez ciemny salon i zaglądać do niego, by mu życzyć dobrej nocy, a po drodze wołała kilka razy, nieco zabawnym, na wpół zlęknionym głosikiem: „Jesteś tam? Jesteś tam?”. Słowa te zaraz go wzruszały. Mieścił się w nich cały jej świat. „Jesteś tam?”, wołała, ponieważ kochała go; chciała się upewnić, że on istnieje. A on zawsze tam był.

Angielka odłożyła robótkę. Uważnie przyjrzała się opowiadającemu. Francuska dama nachyliła się i szepnęła do żydowskiego kupca:

— To on! To żaden przyjaciel, tylko on, rozumie pan?

Żyd pokiwał głową. Młodzieńcowi, który dołączył do nich na końcu, zgasł papieros. Próbował ponownie go zapalić, ale ręce mu drżały. Gwałtownym gestem wrzucił go do ognia.

— Czas mijał. Oczywiście pisali do siebie. On opowiadał jej o swej samotności, o jej sukience, która pocieszała go fiołkowym zapachem, i o maleńkich kapciach. Pisał także o sobie, o drobiazgach, które mu się przytrafiały. O tym, o czym wiedział, że ją rozbawi. Jej listy przychodziły rzadziej i nie były ani długie, ani szczególnie bogate w treści. Jakby się nudziła. Ale on czytał arkusiki od niej z wielką pasją. One także niosły z sobą delikatny zapach jej ulubionych perfum.

Lecz zaledwie po kilku tygodniach jej listy nagle ożywiły się. Nawet sam charakter pisma stał się zgrabniejszy. Opowiadała, że zaprzyjaźniła się z kobietą, która także przebywała w kurorcie. Udawały się na wspólne wycieczki. Kolejne arkusze wypełniały opisy przyrody, naprawdę piękne. Mój przyjaciel nie mógł się powstrzymać i pokazał mi kilka takich listów. Robiła wrażenie promieniejącej z radości. Odczuwało się pewien rodzaj podnieconej wesołości, która powinna go zastanowić. Lecz on, niczego nie podejrzewając, był zwyczajnie szczęśliwy, że jego najdroższa dobrze się czuje. Dzięki jej listom wkrótce poznał całe miasteczko. Wyobrażał sobie balkon, z którego wieczorami patrzyła na księżyc, wychodzący zza szczytów gór w oddali. Przemierzał leśną ścieżkę pod górę. Przystawał i odwracał się, by zderzyć swój wzrok z widokiem tego urokliwego krajobrazu, rozciągającego się w dole; w wyobraźni zamieniał się w orła, gdy na szczycie napotykał zimny wiatr. Już wszystko to znał, lecz nie potrafił wyobrazić sobie przyjaciółki żony. Nie pisała o niej dużo. Niebawem jedno słówko z jej listów zaczęło go irytować, słówko „my”. Pojawiało się coraz częściej. „Byłyśmy na koncercie. My... My”.

„My” to intymne i czułe słowo. Świętym kręgiem otacza dwoje ludzi. Nikt z zewnątrz nie dostanie się do środka. Było mu przykro, że żona używa go w odniesieniu do siebie i przyjaciółki. Mogła przecież napisać jej imię, Lucie, Suzanne, czy jak tamta się nazywała, ale tego nie zrobiła. Przez te listy zaczął coraz bardziej za nią tęsknić. W końcu postanowił do niej pojechać. Wziął wolne w pracy, lecz w listach słowem nie wspomniał o planowanej podróży. Godzinę przed odjazdem biegał po sklepach w poszukiwaniu jakiegoś upominku. Chciał znaleźć coś pięknego, coś, co naprawdę ją ucieszy. Nie zwykł jednak wybierać niczego bez jej pomocy, był więc ogłupiały. Co miał kupić? Kupił parę kapci. Parę kapci, ponieważ kojarzyły mu się z wieczorami, kiedy siedział w jej pokoju i myślał o niej. Kapcie z jedwabiu i łabędziego puchu otoczą jej nagie, piękne stopy... Cieszył się na samą myśl.

Do kurortu dotarł popołudniu. Na zawsze zapamięta ten dzień. W momencie, gdy wysiadł z pociągu i ruszył w stronę hotelu położonego w pobliżu, wiedział, że jej tam nie ma. Droga wydała mu się pusta. Górskie szczyty w oddali dawały mu bezbronne poczucie własnej małości. Był mały. Był sam i marzł. Powinien był wsiąść do hotelowego omnibusa; odmówił, bo chciał się rozejrzeć. A tak naprawdę on, który tak bardzo tęsknił, teraz nagle przeraził się perspektywą dotarcia na miejsce. Doszedł do hotelu. Ona wyjechała. Nie od razu wyjawił swoje nazwisko. Kiedy potem wpisał je do rejestru gościu, sądzili pewnie, że jest jej krewnym. O ile w ogóle o tym pomyśleli. Jest przecież tylu gości.