Kiedy wieczorem samotnie siedział w jadalni, otaczało go morze białych twarzy. Oczy w tych twarzach były bez wyrazu, puste. Nie było jej! Nie było jej! Już żadne oczy nie będę żyły dla niego. Żadne usta się nie uśmiechną. Tej nocy nie spał, mogę was zapewnić. Z balkonu widział księżyc. Może wręcz dostał jej pokój. Widział też blask nad górskimi szczytami, o którym tak pięknie pisała. W świetle księżyca dojrzał ścieżkę w lesie. Pójdzie tamtędy. Wydepcze wszystkie drogi, które ona przez ten czas schodziła. Zobaczy wszystkie widoki, na których kilka dni wcześniej spoczywał jej wzrok. Być może w powietrzu utrzymał się jeszcze zapach fiołków.
Otworzył walizkę. Natychmiast wypadły z niej kapcie. Kokietowały go teraz z podłogi jedwabiem i łabędzim puchem. Chwycił je, po czym odłożył. W nocy kilka razy wstawał, by na nie popatrzeć, jakby czekał, aż ona przyjdzie bosa i wsunie stopy w te piękne pantofelki. Zdawało mu się, że znów słyszy „Jesteś tam?”. Ale jej nie było. Zanudzam państwa? — Gawędziarz zatrzymał się. Jakby nagle uświadomił sobie, że ktoś go słucha.
— Och nie, to bardzo ciekawe — powiedziała pospiesznie Francuzka.
Młody mężczyzna osłaniał dłonią twarz. Kilka razy się podniósł, jakby zamierzał wyjść, lecz jednak został.
— No więc, następnego ranka przyszedł list zwrotny z mieszkania mojego przyjaciela. Musiał nadejść tego dnia, kiedy ten wyjechał. Przeczytał list. Napisała, że kocha innego, że musi uciec. Nie wiedziała, że jej mąż przyjedzie. Przez przypadek wyjechała tego samego dnia. Przyjaciółka nie istniała. Istniał za to przyjaciel.
To tego mężczyzny szukał w kurorcie przez ostatnie dni. Wiedział, że kochanek wyjechał z jego żoną. Mimo to małżonek oczekiwał, że tamten zostawił mu jakiś znak, coś, co wyjaśni to, co się wydarzyło. Byłoby to w jakimś sensie bardziej lojalne.
Dlatego szukał go na ścieżkach i w miejscach, które młoda żona opisywała w listach. Tu szli we dwoje. W tej chatce zrobili przerwę, napili się. Tu na górze siedzieli przytuleni do siebie. Mój przyjaciel próbował wyobrazić sobie tamtego. Z pewnością był młody i romantyczny. Stąd te leśne spacery z dala od ludzi! Był też pewnie śmiały. Wspinał się pod górę, balansował na skałach nad przepaścią, podczas gdy ona go podziwiała. Wszystko to tylko preludia, istna dziecinada. Ale dlaczego akurat on zdobył jej serce? Musiało w nim być coś poza młodzieńczą odwagą i romantycznością. Mój przyjaciel sam się zaskoczył, pragnąc wręcz, by było w tym coś jeszcze. Jeśli już ma rywala, chciał, żeby ten był przynajmniej jego godzien.
Pewnego dnia znak mu się objawił. Sam przyszedł do hotelu. Nad ranem, gdy mój przyjaciel wychodził, spotkał w bramie chłopca. Czekał na zewnątrz, nie śmiał wejść do środka. Był to jasnooki chłopaczek w ubogim stroju. „Czy jest tu ten pan?”, wyjąkał. „Który pan?”, padło pytanie. „Ten uprzejmy pan, który zawsze chodził z taką piękną damą!”, odpowiedział chłopiec.
Mój przyjaciel aż podskoczył. Poprosił chłopca o szczegóły. A ten mu opowiedział. Mieszkał z rodzicami w górach. Któregoś wieczora ten uprzejmy pan i piękna pani zawitali w ich chatce. Podczas spaceru zaskoczył ich zmrok, a chodzenie po górach tak późno bywa niebezpieczne. Łatwo się zgubić. Więc tej nocy zostali w chatce. Radości nie było końca, jak w Wigilię. Cały wieczór uprzejmy pan bawił się z chłopcem i jego rodzeństwem. A pani siedziała obok i się im przyglądała. Przez cały czas tak pięknie się uśmiechała. „Jesteś taki dobry”, mówiła. Chłopiec to zapamiętał, bo mówiąc, pani wyglądała na szczęśliwą. Uprzejmy pan znał wiele zabaw. Kręcił dziećmi, aż piszczały ze śmiechu; opowiadał im historie, aż mrowiło w nich ze strachu. A przez cały ten czas piękna pani przyglądała się im z rękami na kolanach. W końcu, opowiadał chłopiec, wszyscy razem pościelili uprzejmemu panu i pięknej pani na stryszku. To był najwspanialszy wieczór w życiu chłopca, a teraz mama go tu posłała. Chłopiec wystrugał drobiazg dla uprzejmego pana. Wyjął przedmiot z kieszeni. Dar wdzięczności!
Po odejściu chłopca mój przyjaciel zrozumiał, że to był znak. Wyjaśnienie. Pani to jego żona, wiedział to z taką pewnością, jakby na własne oczy widział ją w tamtej chatce. Zawsze cierpiała, że nie miała dzieci. Czyżby tamten mężczyzna o tym wiedział? Czyżby miłość obdarowała go przenikliwością, pozwalającą przejrzeć jej serce? Tego wieczora pokazał jej przyszłość: mnóstwo małych dzieci i on bawiący się z nimi. Dlatego tak promieniała. Dlatego uległa jego prośbom, by do niego należeć. „Jesteś taki dobry”, mówiła. Choć w głębi serca myślała: „Daj mi dziecko”. Nie sądzę, żeby mój przyjaciel wmawiał to sobie, bo takie spojrzenie na sprawę koiło jego dumę. Pomyślał: „To nie mężczyznę kochała, tylko dziecko!”. Być może faktycznie tak było.