Nadeszła wreszcie noc. Na niebie pokazuje się blada Selene, którą para rumaków wiezie łagodnie i spokojnie wśród niezliczonych gwiazd. Tymczasem Helios wsiadł do łódki i jedzie nią po Okeanie aż do wschodniego krańca widnokręgu, skąd następnego poranka rozpocznie na nowo swą wieczystą wędrówkę.

Helios, wznoszący się na swym rydwanie wysoko ponad ziemię, widzi wszystko, co się na niej dzieje. Toteż kto przysięgał, powoływał się na Heliosa, jako na świadka, przed którym nic nie może się zataić.

Mieszkańcy wyspy Rodos uważali Heliosa za szczególnego opiekuna swych spraw i poświęcali mu wiele świątyń i posągów. Najbardziej z tych posągów zasłynął tak zwany Kolos Rodyjski, zaliczony do siedmiu cudów świata. Wysokość tego spiżowego olbrzyma wynosiła 70 łokci. Wielki palec u jego ręki był tak gruby, że niewielu było mężczyzn, którzy mogliby go objąć, każdy zresztą palec przewyższał długością całość zwykłych posągów. W jednej ręce kolos dźwigał olbrzymich rozmiarów czarę, w której nocą płonęła smoła. Ustawiony pod gołym niebem, w porcie na wybrzeżu morskim, pełnił zatem służbę latarni morskiej.

Ten największy posąg starożytności nie istniał jednak długo; po 66 latach runął wskutek trzęsienia ziemi. Gruzy leżały dookoła przez całych dziewięć wieków; dopiero kiedy Arabowie zajęli wyspę, wódz ich sprzedał szczątki Żydowi, który do uprzątnięcia spiżu potrzebował aż 900 wielbłądów.

Ryc. 19 przedstawia Heliosa według posągu znajdującego się w willi Borghese w Rzymie: w rękach trzyma kulę ziemską i róg obfitości70, a głowę boga opasuje wieniec z promieni. Ryc. 20, według malowidła starożytnego, przedstawia Selene, z półksiężycem na głowie, w fałdzistej szacie.

Z biegiem czasu Helios i Selene ustąpili miejsca Apollinowi i Artemidzie. Apollo stał się bogiem słońca, do którego odtąd odnosiło się wszystko to, co poprzednio opowiadano o Heliosie; Artemida zaś stała się boginią księżyca, dlatego też przedstawiano ją niekiedy z półksiężycem na głowie, jak Selene.

23. Faeton

Helios — a jak później opowiadano, Apollo — miał syna, imieniem Faeton. Pewnego razu zaprzeczono jego boskiemu pochodzeniu. Ambitny i próżny młodzieniec udał się natychmiast do pałacu ojca i nie uspokoił się, aż wymógł na Heliosie niezłomną przysięgę, że dla swego syna uczyni wszystko, czegokolwiek tylko ten zapragnie. Helios zaklął się na Styks, na straszną rzekę podziemia, a takiej przysięgi bogowie nie mogli złamać.

Dopiero teraz, gdy Helios wypowiedział już niezmienne słowo, Faeton wyjawił swe życzenie, aby mu było wolno, na dowód, że jest synem Heliosa, przez dzień jeden kierować wozem słonecznym. Nieszczęśliwy ojciec kochał Faetona z całej duszy, przeraził się więc jego nieroztropną prośbą i przedstawiał mu straszne niebezpieczeństwo, nawet niechybną zgubę, gdyby się nie dał odwieść od lekkomyślnego zamiaru. Przecież on sam, chociaż wprawny, ledwie może podołać swemu trudnemu zadaniu i niełatwo mu przychodzi przezwyciężać zawrót głowy, gdy kieruje nieśmiertelnymi rumakami, a żaden z bogów nie potrafiłby go zastąpić. Na próżno użył Helios całej swej wymowy, daremnie zaklinał i błagał — nierozsądny młodzieniec nie dał się przekonać. Rad nierad Helios musiał dotrzymać, co przyrzekł; uczynił, co mógł w tych warunkach, aby zmniejszyć grożące synowi niebezpieczeństwo: podał mu wskazówki, jak kierować rumakami; w końcu dał mu wsiąść na wóz słoneczny.

Młodzieniec zaciął71 ziejącą płomieniami czwórkę i lekkomyślnie cieszył się z szybkiej jazdy; jednak konie po niewprawnej ręce i po lekkości rydwanu poznały, że to nie Helios nimi kieruje. Wóz zbaczał z właściwej drogi, to zbliżał się ku eterowi72 i dotykał gwiazd, to staczał się ku ziemi. Faeton, odurzony zupełnie gorącem, które zapierało mu oddech, i zmieniającymi się co chwila nieznanymi widokami, zdjęty przerażeniem, nie usiłował już nawet kierować rumakami i mdlejąc, opuścił cugle. Wóz słoneczny zbliżył się ku ziemi, a w tej chwili zawrzały i wyschły źródła i rzeki, lasy na górach i plony na polach spaliły się, a ludzie owych okolic, dawniej biali, zmienili się na czarnych Murzynów. Gdy zaś wóz wzniósł się znowu w wyżyny, chmury przemieniły się w parę, która sycząc, ulatywała.