Oprócz podania o Prometeuszu jako stworzycielu rodu ludzkiego istniały inne jeszcze podania o początkach ludzkości. Według nich ludzi mieli stworzyć sami bogowie. Jednak następujące po sobie pokolenia nie były jednakowe; z biegiem czasu zmieniały się przymioty ludzi, jak i warunki, w których wiedli swój żywot.

I tak jeszcze na czasy rządów Kronosa przypada złoty wiek ludzkości. Życie ludzi upływało bez trosk i bez trudów, w wiecznej młodości i wiecznym zdrowiu; śmierć, tak groźna później, była tylko przejściem z życia w łagodny sen. Ziemia sama, bez uprawiania, wydawała bogate plony; panował wieczny pokój, nie było rozlewu krwi, nawet drapieżne zwierzęta nie miały jeszcze krwiożerczej natury, wilk i baranek sypiały razem na jednym legowisku. Lecz losy tak zrządziły, że pokolenie to po pewnym czasie wymarło.

Bogowie stworzyli z kolei nowe pokolenie ze srebra i rozpoczął się wiek srebrny. Ani ciałem, ani umysłem nie dorównywało to pokolenie dawnym ludziom: rozwijało się bardzo powoli, sto lat potrzeba było, by dziecię wyrosło i nabrało na tyle sił, aby mogło się obejść bez opieki matki i piastunki. Kiedy zaś ludzie ci doszli do pełni swych sił, ich dalsze życie trwało już krótko. Zuchwałość i lekkomyślność, namiętności i zbrodnicze porywy brukały teraz naturę ludzką. Trwały też na ziemi ciągłe spory, a bogom nie oddawano należnej czci. Toteż Zeus usunął niebawem niegodziwe plemię z dziedziny świata.

Nastąpił wiek spiżowy, pokolenie, które Zeus stworzył z jesionu. Tylko wojna, wieczna wojna zaprzątała umysł tego pokolenia o olbrzymim wzroście, o olbrzymich siłach. Gardząc strawą roślinną, karmili się ci ludzie mięsem zabijanych zwierząt. Ze spiżu mieli domy, zbroje, broń, narzędzia, żelaza nie znali. W końcu wymordowali się nawzajem i hańbą okryci zstąpili do wrót Hadesu.

Czwarty wiek był bohaterski. Wtedy to żyli owi półbogowie bohaterskiego ducha i niezwykle silnego ciała, jak Herakles, Tezeusz i inni, których niedługo poznamy bliżej. Po wojnie trojańskiej zakończył się ten wiek i nastąpił wiek żelazny, który trwa po dzień dzisiejszy.

42. Potop

Za czasów pokolenia spiżowego Zeus postanowił osobiście przekonać się o słuszności skarg na ludzkość, które go zewsząd dochodziły. Udał się więc na ziemię w postaci człowieka i przewędrował niejedną krainę. Wszędzie widział bujnie krzewiące się zbrodnie, same zbrodnie. W podróży przybył także na dwór pewnego króla. Ludność upadła na kolana, gdyż Zeus nie taił się tutaj z tym, że jest bogiem; lecz bezbożny król postawił przed nim potrawę z ludzkiego mięsa i miał zamiar zabić go w nocy. Rozgniewany Zeus zapalił piorunem pałac królewski, a przerażony król zaczął czym prędzej umykać. Lecz o dziwo! — krzyk jego brzmiał jak wycie wilka, ręce zwisły ku ziemi i zamieniły się w nogi, ciało pokryło się sierścią: zamiast człowieka wilk pędził przez pola.

Zeus powrócił na Olimp, rozgniewany srodze na ród ludzki. Z początku chciał całą ziemię zniszczyć gromami, lecz wstrzymała go obawa, żeby się i niebo nie zajęło od tak silnego ognia. Ostatecznie jako niszczący żywioł wybrał wodę. Zesłał na ziemię nieustające ulewy: rzeki wystąpiły z brzegów, zalały pola, podmulały i niosły ze sobą chaty, domy, świątynie. Wszędzie ginęli ludzie i zwierzęta, a człowiek, któremu na razie udało się schronić na wierzchołek olbrzymiego drzewa lub na szczyt góry, umierał wkrótce z głodu. Tak znikło z powierzchni ziemi całe plemię ludzkie.

Jedna tylko para ludzi, małżeństwo w bardzo już podeszłym wieku, Deukalion, syn Prometeusza, i Pyrra, córka Epimeteusza, ocalała w ogólnym potopie. Stosując się do rady Prometeusza, wsiedli oboje do łodzi, która zatrzymała się na stokach góry Parnas. Wody z wolna zaczęły opadać; Zeus, wyglądając z Olimpu, zobaczył pozostałą z setek tysięcy parę ludzi, a że wiedział o nieskalanej cnocie obojga, pozostawił ich przy życiu.

Smutno było staruszkom samym na ziemi, tęsknili za towarzystwem ludzi. Zapytali więc wyroczni, w jaki sposób ziemia zaludniłaby się na nowo. Usłyszeli odpowiedź, że stanie się to, jeśli rzucać będą za siebie kości matki. Wzdrygnęli się bogobojni ludzie na podobną myśl i nie mogli uwierzyć, żeby bogowie mogli żądać rzeczy tak potwornej. Po dłuższym namyśle doszli do przekonania, że wyrocznia kośćmi matki nazywa zapewne kamienie, tkwiące w ziemi, wspólnej matce wszelkiego stworzenia. Podnosili więc staruszkowie z ziemi kamienie i rzucali je za siebie. Kamienie miękły, zaokrąglały się, rosły, przybierając coraz bardziej postać ludzką. Ziemne cząstki osiadłe na kamieniach zamieniły się w ciało, twardy środek stał się szkieletem, żyły kamienne pozostały żyłami, lecz zmiękły i krew zaczęła w nich krążyć. Z kamieni, które rzucał Deukalion, wyrastali mężczyźni, z kamieni rzucanych przez Pyrrę — kobiety. Tak powstało wokół obojga staruszków nowe pokolenie, które czciło ich i kochało jak rodziców.