U nas zapomniano o tym znaczącym epizodzie polsko-ruskim najzupełniej. Nie zaginęła wprawdzie pamięć o Baranowiczu, Galatowskim i t. d., jako utrwalona drukami; tym bardziej zato z niej wyszedł ów objaw znamienny, owo zwrócenie się „kniżników” rosyjskich do skarbów dawnej naszej literatury, czerpanie z nich długoletnie i obfite. Objaw ten uszedł naszej uwagi tym łatwiej, im bardziej druki rosyjskie, spółczesne, o nim milczą; prasy rosyjskie XVII wieku, ustawione na dworcu patrjarszym, służyły wyłącznie celom cerkiewnym, drukowały księgi wiary, biblję i t. d.; przekłady z polskiego, przeznaczone dla nie wielu, nie wychodziły z poza rękopisów; sama ich treść całkiem świecka, nieraz nawet swywolna, nie dozwalała, aby wychylały się na świat, w którym panował zawsze jeszcze nastrój bizantyński, ascetyczny, wrogi każdemu, choćby najniewinniejszemu objawowi świeckiemu, upatrujący w prostej pieśni ludowej tylko „biesowstwo”, posądzający całą zachodnią mądrość o „jelinstwo”, t. j. o bałwochwalstwo, czarnoksięstwo i inne nieczyste sztuki. Kwiat społeczeństwa rosyjskiego, Zofja regentka, książę Golicyn i i., tym bardziej smakował sobie w odgłosach tych innego świata, myśli wyzwolonej z pęt ascetycznych, fantazji rycerskiej, zmysłu badawczego, wiadomości dziejowych, przyrodniczych i i. niewyczerpanych. Ta literatura polska w przekładach rosyjskich, t. j. mniej lub więcej cerkiewnych, sztywnych, szerząca się w nielicznych odpisach, wprowadzała, mimo całej niedołężności formy, nienaturalności języka, braku jasności przecież w świat europejski, świat ogłady, uobyczajenia, obcych zamkniętemu ściśle, obwarowanemu na wsze strony życiu moskiewskiemu, t. j. bizantyjskiemu, z jego formalizmem i nieruchomością i obawą wszelkiej myśli. Uczeni rosyjscy wydobywają z wiekowej niepamięci te rękopisy, wypadaż i nam — o nas tu przecież chodzi, o naszę kulturę dawną, przekraczającą zwycięsko strzeżone dotąd gorliwie progi rosyjskie — choć w zarysach ogólniejszych poznać te czasy i prace. Z uczonych rosyjskich należy tu wymienić głównie prof. Szlapkina, co w dziele o Dymitrze Rostowskim wyliczył w krótkości zasoby tej literatury, i akademika Sobolewskiego, co poświęcił osobne studjum owemu „zachodniemu wpływowi w piśmiennictwie rosyjskim”, lecz ograniczył się wyliczeniem przekładów i ich rękopisów, poprzytaczał pierwsze ich i ostatnie słowa, wskazał też najczęściej polskie źródło, chociaż niezawsze trafnie. Z naszych uczonych jedyny prof. St. Ptaszycki, zasłużony, niezmordowany badacz całej naszej dawnej literatury, Rejowej mianowicie i powieściowej, opracował wzorowo i wyczerpująco kilka epizodów tych dawnych polsko-ruskich stosunków, najdokładniej stosunek ruskich Dziejów Rzymskich do polskich, potym przekłady kronik Bielskiego (ojca i syna, czyli ciąg dalszy Kroniki Świata) i Stryjkowskiego i i.

Z góry nasuwa się jedna uwaga. Przeważna ilość przekładów rosyjskich odnosi się do ostatniej ćwierci XVII wieku; dawniejsze bowiem należą raczej do wyjątków, np. przekłady Bielskiego Kroniki świata lub Herbarza, t. j. zielnika czy ogrodu zdrowia, pochodzące jeszcze z XVI wieku. Otóż możnaby myśleć, że przekłady te odbiją stan literatury polskiej spółczesny, wieku Sobieskiego — tymczasem tak wcale nie jest. I świadczy bardzo dobrze o poziomie umysłowym rosyjskim, o wymaganiach ludzi kulturalnych, że zwracają się oni przeważnie ku starszej literaturze polskiej, ku literaturze XVI wieku z jej istotnymi skarbami. Literatura spółczesna polska widocznie już upadała, już się zaznaczał powoli nadchodzący groźny zastój umysłowy saski, przeważały w niej potworne ascetyki i jeszcze potworniejsze panegiryki — przynajmniej w drukach i w narodowym języku. Więc nikt już w Polsce nie czytał Modrzewskiego o poprawie rzeczypospolitej, kronik Bielskiego, Stryjkowskiego, Gwagnina, a takie właśnie rzeczy, poważne, mądre, tłumaczyli sobie teraz Rosjanie, wybierali starannie, co im korzyść przynosić mogło.

Korzyść, pożytek dotykalny, więc rzeczy astronomiczne i kalendarzowe, dziejowe, medyczne, nawet sławna Cwierciakiewiczowa XVII wieku (Compendium ferculorum Czernieckiego) doczekały się zaszczytu tłumaczenia. Oprócz pożytku namacalnego dbano o lekturę budującą, tłumaczono dawniejsze, lepsze ascetyka — wyłączano tylko dzieła fantazji i smaku, przedewszystkiem poezję. Więc Kochanowski, chociaż jego psałterzem tak się w Moskwie cieszono (w Polsce już o nim zapomniano całkiem!), że pierwszy nadworny niby poeta carski, Simeon Połocki, własny przekład psalmów wydał, ażeby polski z rąk moskiewskich wytrącić — więc Szymonowic, więc Morsztynowie i i. nie dostali się na listę przekładów; nie umiano ich jeszcze cenić. Ale Paprockiego Koło rycerskie, ale Żabczyca Czwartak, ale Metamorfozy Owidjuszowe w przekładzie Otwinowskiego, ale Wojna Domowa Twardowskiego tłumaczy znalazły, chociaż ci formy wierszowej nie uszanowali; zagadkę ich powodzenia tłumaczy ich treść, ściśle dydaktyczna — Koło Rycerskie to zbiór bajek, Czwartak to polecanie lub ohydzanie różnych rzeczy, Wojna Domowa to historja szczera, niby Stryjkowski (wierszujący zawzięcie) lub Bielski, a przemiany Owidjuszowe podobały się już dla wykładu Otwinowskiego, który wedle ówczesnej manjery bajki klasyczne do biblijnych odnosił (potop i t. p. — tradycja biblijna to pierwotna, klasyczna z niej popsuta i odwrócona). Nie znoszono więc fantazji-poezji, jeśli nie wliczymy tu owych kantów pobożnych i kurantów lub innych tańców; formy jej wcale nie rozumiano należycie. Lubowano sobie natomiast w fantazji-prozie, w romansach, powieściach, facecjach. Dział beletrystyczny był już w staroruskiej literaturze, acz nader słabo, zastąpiony tłumaczeniami z greczyzny, romansu-historji o Aleksandrze Wielkim, romansu-alegorji o Barlamie i Józafacie (Buddzie), bajek i t. d.; tłumaczeniami z łaciny, nawet z włoszczyzny, idącymi od południowych Słowian, historji trojańskiej, powieści o Bowie korolewiczu (Buovo d’Antona), powieści o Tryszczanie (Tristan i Izolda z cyklu Arturowego); lecz teraz dopiero zbogacił się ten dział znaczniej. Przełożono wszystkie niemal romanse ludowe polskie, wychodzące „tego roku” dla warstw coraz niższych, rozchwytywane po jarmarkach, drukowane dziś jeszcze dla ludu, a więc Meluzynę, Magielonę czyli Piotra z złotymi kluczami, Ottona czyli cesarzowę Olundę, historję o kupcu Barnabaszu, co się o cnotę swej żony założył (z Bokacjusza), o hrabinie Altdorfskiej, romans polski o Aleksandrze Wielkim, jakby własną Aleksandrją (przybyłą od Słowian południowych), się nie zadowalano; historje Siedmiu Mędrców (antifeministyczne, bo o zdradzie niewieściej głównie); historje Rzymskie; apoftegmaty Budnego (anegdoty z świata starożytnego); facecje polskie. Niektóre z tych rzeczy drukuje się jeszcze i dzisiaj dla ludu rosyjskiego.

Dawne polskie egzemplarze tych powieści tak zaczytano, że należą do największych rzadkości; posiadamy je najczęściej w późnych przedrukach XVIII wieku. Rosyjskie opierają się o teksty polskie XVII wieku i mogą nam na razie zastąpić starsze polskie, póki tych nie odnajdziemy. Np. Meluzynę przełożył Marcin Siennik r. 1569, my posiadamy dziś ułomek wydania z r. 1671, zresztą tylko wydania XVIII wieku, tłumaczenia rosyjskiego dokonano r. 1677; podobnie ma się z Ottonem i t. d. Świeżo przedrukowano u nas Historje Rzymskie wedle najdawniejszych dochowanych egzemplarzy z końca chyba XVII i początku XVIII wieku, ale rosyjskie tłumaczenie polega na wydaniu polskim z r. 1663 i przedstawia tekst nieraz znacznie lepszy, niż ów polski późniejszy.

Wielkie Zwierciadło przykładów (w tłumaczeniu Wysockiego) przenosi nas od powieści do askezy, bo są to przykłady budujące, cuda Matki Boskiej i pod., przetłumaczono ich wybór raczej, z olbrzymiego foljantu jezuickiego. Jezuici stanowią wybitny kontyngens w tych przekładach, szczególniej lubowali sobie Rosjanie w alegorjach ascetycznych i modlitewnikach słynnego Jezuity Drekseljusza, którego u nas i kanclerz Albrycht Radziwił tłumaczył. Sięgano i do dawniejszych, np. do dzieła papieża Innocentego III O wzgardzie świata czyli o nędzy żywota ludzkiego; alegorję hiszpańską o Dezyderozie-pątniku, niby pendant do słynnej purytańskiej alegoryi anglika Bunyana, znacznie późniejszej, również u Rosjan odnajdziemy (z przekładu Wilkowskiego-Sakowicza). Jest i „Infirmerja chrześcjańska” ks. Mościckiego, są i dziełka z Marjologii, których oryginałów polskich nie znam. „Postępek prawa czartowskiego” dostał się tłumaczowi rosyjskiemu już niezupełny, brakowało mu kart ostatnich; dziwi nas tylko, jakim sposobem on wpadł na książkę, całkiem zapomnianą w Polsce samej.

Od literatury ludowej gotowe przejście i do naukowej: senniki i kalendarze je ułatwiają. A więc wykład snów Danielowy (my byśmy dziś powiedzieli, sennik egipski) mamy w tłumaczeniu rosyjskim wcześniejszym niż druki polskie zachowane; dalej figurują tu kalendarze Niewieskiego i i., Niewieskiego rzecz o kometach i; t. d. Niepotrzebnie siągnęli tłumacze i po rzecz XVI wieku, dawno nie drukowaną więcej, Mimera Dobrego zdrowia rządzenie czyli przepisy szkoły salernitańskiej wierszami, jak chować żywot w rozmaite pory roku i t. p. Nie brak i innego zabobonnego materjału, Problemata albo gadki niby Arystotelesowe, t. j. nauka, jak po znamionach zewnętrznych (cerze, włosach i t. d.) poznać charakter człowieka, fizjognomika niby, i fizjologja pokarmów i początki anatomji — w formie pytań i odpowiedzi, przetłumaczono z wydania polskiego, którego nie posiadamy, rzecz w XVII wieku stanowczo już przestarzałą.

Do tych szczegółów przystępują inne: jedno dzieło przekładano raz tylko i rozchodził się przekład jego w licznych odpisach, tak np. ulubione Dzieje czy Historje rzymskie, zdaje się, tylko jeden tłumacz przerobił. Inne dzieła doznawały kilku przekładów, np. Kronika Bielskiego i i., czy to, że jeden tłumacz o drugim nie wiedział, czy to, że pierwszy przekład nie zadowolił. Dalej mamy przekłady ruskie rozmaitego pochodzenia, jednych (mniej licznych, zato starszych znacznie, nieraz z XVI wieku) dokonywano na Rusi litewskiej i polskiej, drugich w moskiewskiej. Przekłady są rozmaitej wartości, jedne są bardziej mechaniczne, dosłowne, z zabawnymi nieraz pomyłkami sensu; tłumacz nie miał wyobrażenia o szczegółach życia zachodniego, rycerskiego i rażące popełniał błędy; inne przekłady są lepsze, mniej dosłowne, oddają raczej sens niż słowa. Jedne przekłady postępują ściśle za wzorem, powtarzają dzieło polskie od a do z; inne skracają je znaczniej albo dodają nowe szczegóły. Tak np. dodają ruskie Historje Rzymskie do 39 polskich jeszcze czterdziestą, której niema w żadnym polskim źródle; albo z Facecji Polskich czynią rosyjskie wybór i dodają nowych kilka, których byśmy napróżno w drukach polskich szukali, chociaż mimoto z Polski pochodzą, czego już sam ich język dowodzi. Takie i inne pytania należy przy każdym z tych przekładów osobno rozważać. Dalej osoby tłumaczów; są nimi czerńcy prawosławni, są liczniejsi pisarze-tłumacze zawodowi, z prikazu poselskiego, t j. niby z urzędu spraw zagranicznych i t d.

Główny zrąb całej tej literatury przekładów jest polski; wobec niego ustępują przekłady z łaciny, niemieckiego, holandzkiego, czeskiego. Przekłady łacińskie dotyczą głównie dzieł ciężko uczonych, np. Heweljusza (badacza polskiego) słynna Selenografja lub średniowiecznego Mefreta (węgra) obszerna postyla (kazania), przełożona na życzenia cara Aleksego; holandzkie dotyczą rzeczy geograficznych i nautycznych. Z nielicznych przekładów z czeskiego jedne wcześnie zaginęły, nie rozeszły się, np. traktat o Sybilach; jeden zato dobił się wielkiej popularności, historja o Bruncwiku, t. j. o bohaterze czeskim, synie Sztilfrida brunświckiego, co z dalekich i awanturniczych podróży i przygód przywiózł z sobą lwa wdzięcznego, posłusznego, niby piesek i do herbów czeskich go wsadził; rycerską baśń niemiecką przyswoili sobie Czesi dziwnym trafem, a od nich na Ruś moskiewską się dostała. Wszystkie te obce pozycje razem maleją jednak wobec polskich i mimo zapewnień prof. Sobolewskiego, coby terminu „polski” chciał z tych wpływów i czasów, jako nie rozstrzygający, nie przeważny, usunąć, musimy przy nim w całej pełni obstawać; statystyka, obliczenie tych pozycji dowodzi tego niezmiennie i dlatego w Dodatku wyliczamy pokrótce, wedle materjałów zebranych przez Szlapkina i Sobolewskiego z bibliotek rosyjskich, rosyjskie i ruskie tłumaczenia z polskiego.

Wybieramy z tych przekładów, zamiast dalszych uwag ogólnikowych, jeden, aby czytelnik sam ocenił zdolność i pracę tłumacza. Nie znamy go z nazwiska, ależ i u innych tłumaczy nie zawsze je znamy; z zadania swego, również jak inni, nie wywiązał się należycie, dobrze przetłumaczył tylko to, w czym nie sposób było zbłądzić; rzeczy nieco trudniejszych nie zrozumiał, opuszczał je, przekręcał sens i wykoszlawiał uwagi mądrego spostrzegacza, naszego Rochefoucaulda, wyprzedzającego o sporo dziesiątek lat księcia francuskiego i Andrzeja Maksymiljana Fredrę. Jest nim Jan Żabczyc, poeta-dworzanin, któremu nie udało się dorwać królewskiego dworu, więc po pańskich się przemykał. Trzymał się zrazu Mniszków i niby ich szermierz literacki, krwawego Marsa moskiewskiego przejścia i Maryny żegnania z ojczyzną i domem wierszem kreślił. Gdy komedja samozwańcza tragicznie się skończyła i niebyło co dalej w Samborze przesiadywać, szukał Żabczyc gdzie indziej służby, jak opowiada o nim anegdota w „Coś Nowego”, t. j. w ciekawym bardzo zbiorze polskich anegdot z połowy XVII wieku, świeżo w Bibliotece Pisarzów Polskich wydanym, który na Ruś się nie dostał; zmienił przytem Żabczyc również pracę literacką, od bojów (niedawno przedrukował te wiersze prof. Wierzbowski) przeszedł do bardziej popłacającej ascetyki i etyki. Napisał Traktat o zwiastowaniu Anielskim, t. j. o trzech królach przed Herodem (z r. 1617, omówiony przez prof. Windakiewicza w Teatrze ludowym w dawnej Polsce, str. 30 — 32), niby misterjum w formie dramatycznej, w trzech aktach — rzecz nie najgorsza; pisał Kolędę poborową (1627) i i. Ale najciekawsze są jego maksymy etyczne, które koniecznie wydać ponownie i głębiej ocenić należy. Spółczesni oceniali je należycie, liczne ich wydania dowodzą ich poczytności w pierwszej połowie wieku, druga powoli czytać zapominała wszystko co mądre; późniejsi okradali go haniebnie, przemilczając nazwisko autorskie. Dziwi bardzo, że nikt dotąd niewyzyskał należycie tych zasad dla scharakteryzowania środowiska, jakie je wydało; animusz rycerski zaznaczył się w nich głęboko — nie zależeli jeszcze pola Polacy; obok gospodarstwa koń w tych maksymach dziwnie góruje. Odznaczają się one nieraz nadzwyczajną trafnością; widać, że obserwował Zabczyc a dobrze, a uwagi swe w lapidarną umiał ubierać formę. Koniecznie należy się tym arcyciekawym utworom wznowienie — wydał je już Adalberg w Księdze Przysłów, ale porozrzucał je, poopuszczał wiele, a niektóre i cenzura warszawska, arcysroga wtedy, owałaszyła, np. łaska pańska, ruski dar, panieńskie ofiary radzi się odmieniają — ruski dar padł jej ofiarą. Dla niewczesnej pruderji opuścił np. Adalberg takie dictum Żabczyca: Koń do białejgłowy podobien w ochędóstwie i w kształcie; konia zastałego na piasku zapocić, chceszli nieodmienną powolność zastać. A towarzysza w pierzu zagrzać do zapocenia, chceszli większą wdzięczność poznać, bo alias i koń zrzuca i żona złaje. Albo takie: Przy paniej nie obłapić, nie urznąć palcata w lesie, mieć chleb a nie jeść, poszło na jałata (nikczemnika); albo: Husarzowi na koń ciżma, kozakowi bót, hajdukowi trzewik, burkownikowi baczmaga (co komu przystoi); albo: Komu żonka ale albo ej, takim łeb dużo zmiechrzony (silnie zawichrzony) i t. d.

Wydał Żabczyc trzy dziełka, Etyka dworskie z 1616 (trzy arkusze); Politica dworskie, 1616; Praktyka dworskie, te ostatnie znam tylko z wydania z. 1645 (cztery arkusze, to najmniej ciekawe, zbiór różnych reguł prawnych — na końcu dopiero rzecz lepsza, Leksykon dworskie, z takimi np. terminami, Xenion — kozubales, Calliope — muza w b... i. t. p.). Treść Etyków i Polityków bardzo zbliżona; w Etykach maksymę prozaiczną powtarzał Zabczyc i w dwuwierszach, czego w Politykach już nie robił. Inne wydania Etyków wychodziły pod tytułem Forma abo wizerunk postępków stanów wszelakich (znam wydania krakowskie 1633 i 1644, Adalberg cytuje to jako osobne dzieło, ależ to tylko powtórzone Etyka!); Polityka nie zmieniały tytułów (inne wydania, w Krakowie 1630?, b. miejsca i roku; w Lublinie u wdowy Konradowej 1637). Okradało te zbiory dziełko p. t. Gospodarstwo jezdeckie, strzelcze i myśliwcze z doświadczenia N. N. szlachcica polskiego napisane r. p. 1600 a teraz świeżo z dozwolenia starszych do druku podane w Poznaniu r. 1690, bo powtarza często maksymy Żabczycowe, nieraz z drobnymi odmianami i dodatkami. Czyż by owo zapewnienie o r. 1600 tylko mistyfikacją było? Plądrował go i Wójcicki w Przysłowiach. Lecz kara to zasłużona, skoro pod imieniem Żabczyca wyszedł i ów Leksykon dworski i Czwartak nowy w którym się wyrażają obyczaje ludziom rozmaitego stanu (znam wydanie, Kraków 1629, na czteru ćwiartkach, w 25 zwrotkach; inni cytują rok 1630 i t. d.), chociaż to dzieło nie jego, lecz Naborowskiego, co je swemu panu, księciu Radziwiłowi (Januszowi) w upominku ofiarował.