I ksiądz ukłonił się agentowi, chcąc dać mu do zrozumienia, że cieszyłby się, gdyby mógł wrócić do przerwanej pracy.
Gość zrozumiał ten gest, a może nie miał już więcej pytań — dość, że wstał.
Ksiądz odprowadził go do drzwi.
— Ksiądz rozdziela podobno wspaniałe jałmużny — zagadnął agent — a chociaż mówią, że jest ksiądz bogaty, ośmielę się ofiarować datek dla ubogich; raczy go ksiądz przyjąć?
— Bardzo panu dziękuję; ale poczytuję sobie za punkt honoru, aby to, co rozdaję, pochodziło tylko ode mnie.
Ksiądz skłonił się po raz ostatni i otwarł drzwi; agent skłonił się także i wyszedł.
Powóz zawiózł go prosto do pana de Villefort.
Godzinę później powóz pojechał na ulicę Fontaine-Saint-Georges, i stanął przed numerem piątym. Tu właśnie mieszkał lord Wilmore.
Nieznajomy napisał był do lorda Wilmore, prosząc go o spotkanie, które tamten wyznaczył na godzinę dziesiątą. Toteż, gdy wysłannik pana prefekta zjawił się za dziesięć dziesiąta, powiedziano mu, że lord Wilmore jeszcze nie wrócił, ale jako wcielenie słowności i punktualności będzie tu niezawodnie, gdy wybije dziesiąta.
Gość czekał w salonie.