Nie było tu nic szczególnego: ot, salon, jak wszystkie wynajmowane lokatorom.

Kominek, a na nim dwa nowoczesne sewrskie wazony; zegar wiszący z amorkiem napinającym łuk; lustro o dwóch taflach; po obu jego stronach grawiury: na jednej Homer niosący swojego przewodnika, na drugiej Belizariusz żebrzący o jałmużnę; szare tapety, meble obite czerwoną tkaniną w czarny deseń — taki był salon lorda Wilmore.

Dwie kuliste lampy z matowego szkła rzucały słabe światło — jakby umyślnie, ze względu na znużony wzrok wysłannika prefekta.

Po dziesięciu minutach zegar zaczął bić na dziesiątą; za piątym uderzeniem otwarły się drzwi i wszedł lord Wilmore.

Był raczej wysoki, miał jasną cerę, faworyty rzadkie i rude, siwiejące blond włosy. Ubrany jak typowy Anglik, czyli ekscentrycznie: miał na sobie błękitny frak ze złotymi guzikami i wysokim pikowanym kołnierzem — nosiło się takie w roku 1811; całości dopełniała biała kaszmirowa kamizelka i nankinowe pantalony, przykrótkie o trzy cale, nie uciekały pod kolana tylko dlatego, że przytrzymywały je strzemiączka z tej samej tkaniny.

Bez żadnych wstępów oświadczył:

— Wie pan, że nie mówię po francusku.

— Wiadomo mi raczej, że nie lubisz pan mówić naszym językiem — odparł wysłannik prefekta.

— Ale pan możesz mówić po francusku. Choć nie mówię waszym językiem, rozumiem go.

— Ale ja — rzekł agent, przechodząc na angielski — mówię za to na tyle biegle po angielsku, abyśmy mogli porozmawiać w tym języku. Niechże się więc pan nie przejmuje.