W tejże chwili Mercedes powróciła do sali bledsza jeszcze niż przedtem, ale jej oczy wyrażały stanowczość, którą w pewnych okolicznościach potrafiła okazać.

Podeszła do grupki zgromadzonej wokół pana de Morcerf.

— Mężu, nie zmuszaj tych panów, aby tu stali, może woleliby odetchnąć świeżym powietrzem w ogrodzie.

— Ach, pani hrabino — odezwał się szarmancko stary generał. — Sami do ogrodu nie pójdziemy.

— Dobrze — rzekła Mercedes — dam więc panom sama przykład.

Zwróciła się do Monte Christa i rzekła:

— Panie hrabio, proszę podać mi ramię.

Na te proste słowa hrabia niemal zachwiał się, po czym spojrzał na Mercedes. Chwila to była krótka jak błyskawica, a jednak hrabinie wydało się, że trwa wiek, tyle Monte Christo potrafił zawrzeć myśli w tym jednym spojrzeniu.

Podał ramię hrabinie, ona wsparła się na nim albo raczej musnęła je tylko swoją małą rączką i oboje zeszli między krzewami rododendronów i kamelii, po schodach werandy, do ogrodu.

Za nimi do ogrodu pospieszyło całe rozbawione i hałaśliwe towarzystwo, około dwudziestu osób.