— Tak czy inaczej — rzekła hrabina, zaglądając z drżeniem w oczy hrabiemu i chwytając dłońmi konwulsyjnie rękę hrabiego — jesteśmy przyjaciółmi, prawda?
Krew spłynęła hrabiemu do serca — zbladł śmiertelnie; a potem, gdy znów uderzyła mu do głowy, policzki ubarwił mu ciemny rumieniec. Oczy zamgliły się, jakby poraziło go nagle jakieś ostre światło.
— Oczywiście, że jesteśmy przyjaciółmi, pani hrabino — odparł — dlaczego mielibyśmy nimi nie być?
Jednak ton tej odpowiedzi daleko odbiegał od tego, jakiego życzyłaby sobie pani de Morcef. Odwróciła się więc i westchnęła, a raczej jęknęła cicho.
— Dziękuję — rzekła.
I poszła dalej.
Tym sposobem obeszli w milczeniu cały ogród.
— Panie hrabio — odezwała się nagle hrabina po dziesięciu minutach ciszy — czy to prawda, że wiele pan widział, podróżował i wiele wycierpiał?
— Tak, wiele wycierpiałem.
— Ale teraz jest pan szczęśliwy?