— Ach, panie d’Avrigny, czekaliśmy na pana z niecierpliwością. Ale przede wszystkim, jakże się mają Madeleine i Antoinette?

Madeleine była córką pana d’Avrigny, Antoinette — siostrzenicą. Pan d’Avrigny uśmiechnął się smutno.

— Antoinette ma się bardzo dobrze — rzekł — Madeleine nieźle. Ale czemu po mnie posłałaś, moja kochana? Chyba ani twój ojciec, ani pani de Villefort nie są chorzy? A ty, moja droga, choć widzę, że dalej masz kłopoty z nerwami, też chyba mnie nie potrzebujesz? Może tylko ci doradzę, żebyś nie popuszczała wodzy fantazji.

Valentine spąsowiała. Pan d’Avrigny miał istny dar jasnowidzenia; był to jeden z tych lekarzy, którzy pomagają ciału poprzez kurowanie duszy.

— To nie ja potrzebuję teraz twojej pomocy, ale moja babka, panie doktorze. Nie wie pan, jakie spotkało nas nieszczęście?

— Nie wiem o niczym — rzekł pan d’Avrigny.

— Niestety! — rzekła Valentine, tłumiąc szloch. — Mój dziadek umarł.

— Pan de Saint-Méran?

— Tak. Na apopleksję.

— Na apopleksję? — powtórzył doktor.