— Oto pan Franz d’Epinay — rzekł. — Chciał się z nim ojciec widzieć, uczynił więc zadość twojej woli. Pragnęliśmy od dawna, abyście się spotkali i byłbym niewymownie szczęśliwy, jeśli ojciec zrozumie teraz, że opór ze strony ojca wobec tego związku jest nieuzasadniony.

Noirtier odpowiedział takim spojrzeniem, że Villeforta przebiegł dreszcz.

Dał znak, aby zbliżyła się do niego Valentine.

Dzięki sposobom, jakich używała od lat w rozmowie z dziadkiem, domyśliła się szybko, o jakie słowo mu chodzi: klucz.

Spojrzała pytająco na dziadka. Jego wzrok przeniósł się na szufladę konsolki, stojącej pomiędzy oknami.

Otworzyła szufladkę i znalazła w niej rzeczywiście klucz.

Noirtier potwierdził, że właśnie o ten klucz mu chodziło, po czym zwrócił oczy na stary, nieużywany od lat sekretarzyk, w którym — jak wszyscy sądzili — znajdowały się tylko bezwartościowe szpargały.

— Mam otworzyć sekretarzyk? — spytała Valentine.

— Tak.

— Szufladę z boku?