— Na Boga! Jak to, jakiego? Twego protegowanego, hrabio, pana Andrei Cavalcanti!

— Mój hrabio; ja nie proteguję nigdzie pana Andrei, a tym bardziej u państwa Danglars.

— Czyniłbym panu ten zarzut, gdyby ten młodzieniec rzeczywiście potrzebował pańskiej protekcji. Na szczęście dla mnie, może się bez tego obejść.

— Jak to? Myśli pan, że już uderzył w konkury?

— Ręczę za to: przewraca oczami, wzdycha i grucha miłośnie na różne tony; słowem stara się o rękę dumnej panny Eugenii.

— I co z tego, skoro tam myślą tylko o panu?

— Kochany hrabio, pan raczy żartować. Atakowany jestem na dwa fronty.

— Jak to na dwa fronty?

— Tak jest: panna Eugenia ledwie raczy mi odpowiadać, a panna d’Armilly, jej przyjaciółka, wcale mi nie odpowiada.

— Tak, ale ojciec uwielbia pana — rzekł Monte Christo.