— To pierścień pana — rzekł całując go. — Wszystko dobrze!
Obrócił zapalony knot ku ziemi i zadeptał płomień.
Posłaniec krzyknął z radości i klasnął w ręce. Na ten znak czterech żołnierzy seraskiera Kurszyda wpadło do jaskini i Selim upadł przeszyty pięcioma sztyletami. Chociaż bladzi jeszcze z trwogi, ale już upojeni zbrodnią, rzucili się do podziemi, szukając wszędzie ognia i tarzając się na workach ze złotem.
Moja matka porwała mnie na ręce i biegnąc przez zawiłe korytarze nam tylko znane, dotarła do ukrytych schodów prowadzących do pałacu, gdzie panował potworny tumult. Dolne sale zapełniali czodoarowie Kurszyda, nasi nieprzyjaciele.
W chwili gdy moja matka miała już otworzyć drzwiczki, rozległ się złowieszczy głos paszy. Matka przyłożyła oko do szczeliny i ja przypadkiem także znalazłam otwór, przez który mogłam widzieć.
— Czego chcecie? — zwrócił się mój ojciec do ludzi, którzy trzymali w rękach papier zapisany złotymi literami.
— Czego chcemy? — odpowiedział jeden z nich. — Chcemy oznajmić ci wolę Jego Wysokości. Czy widzisz ten firman?
— Widzę — odparł ojciec.
— No to czytaj. Sułtan żąda twojej głowy.
Mój ojciec wybuchnął śmiechem przeraźliwszym niż groźba — jeszcze nie skończył się śmiać, gdy oddając dwa strzały z pistoletu, położył trupem obu tych ludzi. Palikarowie, spoczywający przy moim ojcu twarzą do ziemi, zerwali się i dali ognia. Komnata wypełniła się krzykiem, płomieniami i dymem. W tej samej chwili ogień rozgorzał także z drugiej strony i kule przeszyły deski wokół nas. Och, jak piękny był, jak wspaniały był wtedy wezyr Ali Tebelin, mój ojciec, wśród tych kul, z bułatem w ręku i twarzą poczerniałą od prochu! A jak uciekali jego wrogowie!