— Selimie! Selimie! — krzyczał. — Strażniku ognia, spełnij swój obowiązek!

— Selim zginął! — odpowiedział głos dochodzący jakby z otchłani — i ty, mój panie, jesteś zgubiony!

Wtem rozległ się głuchy huk i podłoga wokół mojego ojca wyleciała w powietrze.

To czodoarowie Kurszyda strzelali teraz od dołu. Kilku palikarów padło od razu.

Ojciec ryknął, wsadziwszy palce w otwory po kulach, wyrwał z podłogi deskę.

Ale w tej chwili przez otwór w podłodze posypały się strzały, niczym wylewająca się z krateru lawa buchnęły płomienie i zaczęły ogarniać podłogę i obicia.

Wśród tego straszliwego zgiełku, wśród przerażających wrzasków, rozległy się dwa wystrzały i dwa krzyki bardziej przejmujące od innych. Krzyki te zmroziły mnie.

Te dwa wystrzały ugodziły śmiertelnie mojego ojca, i to z jego piersi wyrwały się dwa krzyki. Stał jeszcze, przytrzymując się framugi okna. Moja matka szarpnęła drzwi, by dostać się do niego i umrzeć razem z nim, ale drzwi były zamknięte od środka. Wokół niego wili się palikarowie, konając w konwulsjach, pozostali, którzy uniknęli śmiertelnych strzałów lub byli tylko lekko zranieni, wyskakiwali przez okno.

W tej samej chwili podłoga zatrzeszczała i zawaliła się. Ojciec upadł na kolana, a dwadzieścia rąk uzbrojonych w szable, pistolety i sztylety podniosło się nad nim. Dwadzieścia ciosów ugodziło jednego człowieka i mój ojciec zniknął w kłębach ognia roznieconego przez bandę rozwścieczonych demonów, jak gdyby pod jego nogami rozwarły się czeluście piekieł.

Poczułam, że padam na ziemię; to zemdlała moja matka.