— Umarł tak prędko...
— Tak, bardzo prędko, prawda? — rzekł lekarz — Ale nie powinno to pana dziwić, bo i państwo de Saint-Méran poumierali prędko. O, w tym domu bardzo prędko się umiera, panie Villefort!
— Jak to — zawołał prokurator struchlały i zmieszany jednocześnie. — Znowu pan wraca do tej okropnej historii?
— Znowu, drogi panie, znowu! — rzekł uroczyście d’Avrigny. — Bo ta historia wciąż zaprząta moje myśli i może być pan pewien, że tym razem się nie mylę. Niech pan posłucha uważnie, panie Villefort.
Villefort zatrząsł się.
— Istnieje trucizna, która zabija, nie zostawiając niemal śladu. Ja znam bardzo dobrze tę truciznę, przestudiowałem dokładnie jej działanie, wszystkie objawy jej zażycia. I tę truciznę rozpoznałem od razu u biednego Barroisa, tak jak rozpoznałem ją również w przypadku pani de Saint-Méran. Jest pewien sposób by rozpoznać tę truciznę; przywraca ona niebieski kolor papierkowi lakmusowemu, który się zaróżowił od kwasu. Poza tym barwi ona na zielono syrop fiołkowy. Nie mamy tu lakmusowego papierka, ale właśnie mi niosą syrop fiołkowy, o który prosiłem.
Rzeczywiście słychać było już kroki w korytarzu; lekarz uchylił drzwi i wziął z rąk pokojówki naczynie, na jego dnie było parę łyżek syropu. Zamknął drzwi.
— Niech pan popatrzy — rzekł do prokuratora, któremu serce waliło jak młotem. — Oto jest naczynie z fiołkowym syropem, a tu karafka z resztą lemoniady, której napili się już pan Noirtier i Barrois. Jeżeli lemoniada jest czysta i nie zawiera trujących składników, syrop nie zmieni koloru; jeżeli jest zatruta, syrop stanie się zielony. Niech pan teraz uważa!
Lekarz, powoli, nalał kilka kropel lemoniady z karafki do naczynia z syropem — na dnie natychmiast uformował się obłoczek, który początkowo miał kolor niebieskawy, potem szafirowy, a następnie zaczął wpadać w opal, a z opalu w szmaragd.
Po ostatniej zmianie pozostał w tym samym kolorze. Doświadczenie nie zostawiało więc żadnych wątpliwości.