— Jakże się nazywał ten Korsykańczyk?
— Benedetto.
— Ale to tylko imię!
— Nie miał nazwiska, był podrzutkiem.
— I uciekł razem z tobą? Jak to się stało?
— Pracowaliśmy razem w Saint-Mandrier pod Tulonem. Zna ojciec Saint-Mandrier?
— Znam.
— Otóż kiedy inni wypoczywali, my odeszliśmy trochę na bok, przepiłowaliśmy kajdany piłką, którą dostaliśmy od Anglika i uciekliśmy wpław.
— I co się stało z Benedettem?
— Nie mam pojęcia. Rozstaliśmy się w Hyères.