W tejże chwili hrabia chwycił rękę, w której morderca trzymał sztylet i wykręcił ją z taką siłą, że nóż wypadł mu z palców. Caderousse krzyknął z bólu.

Hrabia nie poprzestał na tym. Dotąd wykręcał bandycie rękę, aż ten runął na kolana, a potem zwalił się twarzą do ziemi, oparł mu stopę na głowie i rzekł:

— Nie wiem, co mnie powstrzymuje od roztrzaskania ci czaszki, zbrodniarzu.

— O, litości! Litości! — krzyczał Caderousse.

Hrabia zdjął nogę.

— Wstań! — rzekł.

Caderousse podniósł się.

— Do kroćset! Ale ksiądz ma rękę! — rzekł Caderousse rozcierając ramię zdrętwiałe od żelaznego uścisku hrabiego. — Niech to diabli, co za ręka!

— Milcz! Bóg dał mi siłę, żebym mógł ujarzmiać takie dzikie bestie jak ty! Działam w imieniu Boga! Zapamiętaj to sobie, nędzniku! A jeśli oszczędzę cię teraz, to tylko po to, byś służył jeszcze jego zamiarom. Weź pióro, papier i pisz, co ci podyktuję.

— Oj! — jęknął obolały Caderousse. — Nie umiem pisać.