Beauchamp opowiedział przyjacielowi wszystkie szczegóły, które tu przytoczyliśmy; jednak jego opowiadanie miało tę przewagę nad naszym, że przekazywane było na gorąco.

Albert słuchał go, to drżąc z nadziei, to z gniewu, to znów ze wstydu. Wiedział już bowiem od przyjaciela, że jego ojciec ponosił za to wszystko winę, a skoro tak, to jakim sposobem mógłby teraz dowieść swojej niewinności?

Dotarłszy w opowiadaniu do tego miejsca, Beauchamp zamilkł.

— I co dalej? — zapytał Albert.

— Mój drogi, to pytanie zmusi mnie do udzielenia ci przykrej odpowiedzi. Na pewno chcesz wiedzieć, co było dalej?

— Muszę to absolutnie wiedzieć. A wolę dowiedzieć się o tym od ciebie niż od kogoś innego.

— No to dobrze. Uzbrój się w największą odwagę, bo zapewne już nigdy nie będziesz potrzebować większej.

Albert przeciągnął ręką po czole, chcąc upewnić się o własnych siłach, podobnie jak ktoś, kto mając bronić swego życia, sprawdza swój pancerz i ogląda klingę szabli. Poczuł się silny, gdyż swoje rozgorączkowanie wziął za energię.

— No, gadaj — rzekł.

— Nadszedł wieczór — zaczął Beauchamp. — Cały Paryż oczekiwał na rozwój wypadków. Wielu utrzymywało, że twój ojciec obali oskarżenie, zaraz jak się pojawi. Inni twierdzili, że się wcale nie stawi, ktoś nawet zapewniał, że widział go już w drodze do Brukseli, niektórzy byli na policji, żeby się dowiedzieć, czy to prawda, że hrabia zabrał paszport. Przyznam ci się, że stanąłem na głowie, aby jeden z członków komisji, a mój przyjaciel, taki jeden par, wprowadził mnie na coś w rodzaju trybuny. O siódmej przyszedł więc po mnie, zabrał ze sobą i nim jeszcze ktokolwiek przyszedł, powierzył woźnemu. Woźny zamknął mnie w czymś, co przypominało lożę. Zasłaniała mnie duża kolumna, a na dodatek było ciemno: spodziewałem się więc, że bez kłopotu obejrzę całą okropną scenę, która miała się przede mną rozegrać.