„Jak to?”.
„Ano tak; pytano mnie o to samo przed dwoma tygodniami”.
„A kto taki?”.
„Pewien paryski bankier, mój korespondent”.
„A jakże się nazywa?”.
„Danglars”.
— On? — zawołał Albert. — A tak. To on przecież już od dawna prześladuje z zawiści mojego biednego ojca; on, który rzekomo opowiada się za lewicą, nie potrafi darować hrabiemu de Morcerf, że jest parem Francji. No oczywiście, nawet to nagłe zerwanie narzeczeństwa, bez żadnego powodu... No tak, jesteśmy w domu.
— Tylko spokojnie, Albercie, to już stary człowiek.
— Tak będę zważał na jego wiek, jak i on zważał na honor mojej rodziny! Jeżeli miał jakiś żal do mojego ojca, to dlaczego nie powiedział mu tego wprost? Ale on bał się stanąć twarzą w twarz z prawdziwym mężczyzną.
— Nie potępiam cię, tylko chcę cię trochę pohamować. Działaj roztropnie.