— O, nie obawiaj się, zresztą pójdziesz ze mną, sprawy tak uroczyste powinny odbywać się przy świadkach. Jeśli tylko Danglars okaże się winnym, to nim minie ten dzień, jeden z nas zginie. Do licha, chcę, aby mój honor miał piękny pogrzeb!

— To cóż, skoro decyzja już powzięta, trzeba natychmiast przystąpić do jej wykonania. Chcesz iść do pana Danglarsa? To chodźmy.

Posłali po dorożkę.

Przed pałacem bankiera stał faeton pana Cavalcanti. W drzwiach czekał jego służący.

— Do diabła, nieźle się składa! — rzekł ponuro Albert. — Jeżeli Danglars nie zechce się ze mną pojedynkować, to zabiję mu zięcia. O tak, Cavalcanti musi się bić!

Zaanonsowano Alberta bankierowi. Danglars, wiedząc, co wydarzyło się w przeddzień, zabronił go wpuszczać.

Było już jednak za późno, Albert szedł zaraz za lokajem.

Słysząc rozkaz Danglarsa, pchnął drzwi i wpadł do gabinetu bankiera, a za nim Beauchamp.

— Mój panie! — zawołał bankier. — Chyba u siebie w domu mam prawo przyjmować albo nie przyjmować kogo mi się spodoba? Pan się zapomina!

— O nie, proszę pana — rzekł lodowato Morcerf. — Istnieją okoliczności, kiedy jesteśmy zmuszeni być dla pewnych osób w domu. Chyba że woli pan stchórzyć — zostawiam panu tę furtkę.