— Czegóż pan chce ode mnie?
— Chcę — rzekł Morcerf, nie zwracając uwagi na Cavalcantiego, który stał oparty o kominek — zaproponować panu spotkanie w ustronnym miejscu, gdzie nikt nam nie przeszkodzi. Potrwa to nie dłużej niż dziesięć minut i jeden z nas już tam zostanie, aż go liście pokryją. Nic więcej nie chcę.
Danglars zbladł.
Cavalcanti wzdrygnął się. Albert zwrócił się ku niemu:
— Ależ doprawdy, pan też może się z nami wybrać, zapraszam; należy pan już prawie do rodziny, a ja gotów jestem spotkać się tam ze wszystkimi, którzy tylko zechcą przyjąć moje zaproszenie.
Cavalcanti spojrzał osłupiały na Danglarsa, który dźwignął się z fotela, stając między Albertem a Cavalcantim.
Atak Morcerfa na Andreę sprowadzał sprawę na inny grunt. Danglars pomyślał z nadzieją, że odwiedziny Alberta zawdzięczał czemuś innemu, niż sądził z początku.
— Aha! No, jeśli przyszedł pan tutaj szukać zaczepki z panem Cavalcantim — rzekł do Alberta — bo przedłożyłem go nad pana, uprzedzam, że gotów jestem skierować tę sprawę do prokuratora królewskiego.
— Mylisz się pan bardzo — odparł Albert, uśmiechając się ponuro. — Nie mówię tu wcale o mariażu. Zwróciłem się do pana Cavalcantiego tylko dlatego, że zdawało mi się, iż miał zamiar wtrącić się do naszej rozmowy. Ale patrz pan, poza tym masz pan rację: szukam dziś zaczepki z całym światem, ale proszę się nie obawiać, panie baronie, ma pan pierwszeństwo.
— Mój panie — odparł Danglars, pobladły z gniewu i ze strachu — uprzedzam pana, że kiedy spotykam na swej drodze wściekłego psa, zabijam go, nie czując się wcale winnym, a przeciwnie, uważam, że wyświadczyłem społeczeństwu przysługę. Jeśli dotknęła pana wścieklizna i chce mnie pan ugryźć, ostrzegam, że zabiję bez litości. Czyż to moja wina, że pański ojciec został zniesławiony?