— Niestety! — szepnął z przygnębieniem. — A więc jeszcze mógłbym być szczęśliwy. — Zaniósł Hayde do jej pokoju i oddał zemdloną w ręce pokojówek; wróciwszy do gabinetu, zatrzasnął drzwi i przepisał zniszczony testament. Gdy kończył, na dziedzińcu rozległ się turkot powozu. Monte Christo poszedł do okna i ujrzał, jak z powozu wysiadają Maksymilian i Emanuel.
— Prawda — rzekł do siebie — najwyższy czas! — I zapieczętował testament w trzech miejscach.
Po chwili usłyszał w salonie kroki i poszedł otworzyć drzwi gabinetu. Na progu stanął Morrel. Przyszedł dwadzieścia minut przed umówioną godziną.
— Może przychodzę trochę za wcześnie, panie hrabio — rzekł — ale wyznam panu szczerze, że całą noc nie mogłem zasnąć ani na chwilę, nikt zresztą u nas nie zmrużył oka. Aby dojść do siebie, trzeba mi było zobaczyć pańską odwagę i spokój.
Monte Christo nie mógł się powstrzymać wobec takiego dowodu przyjaźni i wyciągnął do kapitana już nie dłoń, ale obie ręce.
— Maksymilianie — rzekł, a w jego głosie brzmiało wzruszenie — to dla mnie piękny dzień, dzień, w którym czuję, że taki człowiek jak pan jest moim przyjacielem. Dzień dobry, panie Emanuelu! To jedzie pan ze mną, Maksymilianie?
— Do diabła! Wątpił pan o tym?
— No, bo jeśli ja niesłusznie...
— Proszę posłuchać: patrzyłem na pana podczas całej tej wczorajszej sceny, myślałem o pańskim spokoju przez całą noc i powiedziałem sobie, że albo słuszność jest po pańskiej stronie, albo uznamy, że ludzkim twarzom nigdy nie można wierzyć.
— Ale, panie Maksymilianie, Albert jest pańskim przyjacielem.